Limbo po zatrzymaniu prawa jazdy. Poważna luka w przepisach
Zasadniczo, kursantów mogę podzielić na trzy podstawowe grupy: takich, co dopiero się uczą, takich, co doskonalą umiejętności oraz takich, którzy odświeżają dawno nie używane umiejętności. Problemem jest czwarta grupa: tacy, którym odebrano prawo jazdy.

O co chodzi? O przypadek, kiedy ktoś w wyniku wykroczenia stracił prawo jazdy, po czym musi przystąpić do egzaminu państwowego, aby je odzyskać. Taka osoba często zgłasza się do szkoły nauki jazdy, aby pod okiem instruktora do takiego egzaminu się przygotować. Kilka, a niejednokrotnie kilkanaście lat jeżdżenia samochodem skutkuje długą listą nawyków, które niekoniecznie będą mile widziane podczas egzaminu.
Taka osoba nie ma prawa jeździć samochodem
W czym jest problem? W tym, że kierowca bez prawa jazdy nie jest już kierowcą w prawnym rozumieniu tego słowa. Nie ma jednak cofniętych uprawnień, a jedynie zawieszone prawo jazdy.
Ktoś taki nie może zgodnie z prawem prowadzić samochodu po drodze publicznej. Nie jest już osobą uczącą się, nie ma swojego numeru PKK (Profil Kandydata na Kierowcę), ale zarazem nie ma również aktywnych uprawnień. Znajduje się więc w próżni, gdzie nie jest ani jajkiem, ani kurą.
Problemem jest polskie prawo
Wygląda to tak, jakby ustawodawca nie przewidział w ogóle sytuacji, że kierowca po utracie uprawnień może chcieć odbyć zajęcia doszkalające w szkole nauki jazdy. W obliczu problemu takie spotkanie nie ma jednak prawa się odbyć. Prowadzenie samochodu po drodze publicznej, nawet pod przykrywką zajęć szkoleniowych, jest w takiej sytuacji równoznaczne z jazdą bez odpowiednich uprawnień. Oczywiście, razem z całym wachlarzem konsekwencji, które z kolei pośrednio uzależnione są od tego, w jakich okolicznościach ktoś stracił uprawnienia. Po zebraniu 24 punktów karnych do egzaminu przystąpić można niemal z marszu, natomiast kiedy “prawko” przepadnie na okres 3 miesięcy za brawurową jazdę samochodem po mieście, złapanie przez wymiar sprawiedliwości zaboli znacznie bardziej.
Naturalnie, najgorzej na tym wszystkim wychodzi sam zainteresowany, jako kierujący. Natomiast nie bez winy będzie też instruktor nauki jazdy, a być może i cały ośrodek szkoleniowy. Pierwszy, za dopuszczenie osoby bez wymaganych uprawnień do prowadzenia auta na drodze publicznej. Drugi, za firmowanie takiej usługi. Ten drugi przypadek jest raczej mało prawdopodobny - musiałoby dojść do recydywy i to w złej woli.
Sytuacja zmienia się, kiedy taka osoba obleje egzamin
Według ustawy, do czasu przystąpienia do egzaminu państwowego uprawnienia są wyłącznie zawieszone. Kiedy natomiast powinie się noga i człowiek wróci z egzaminu na tarczy, uprawnienia są cofnięte. Co to znaczy? Że kierowca staje się kandydatem na kierowcę.
Spokojnie, bez paniki - to nie działa tak, że ktoś wraca do poziomu kursanta, który zaczyna kurs od podstaw. Osoba bez uprawnień cofa się do etapu kogoś, kto właśnie zakończył szkolenie podstawowe i ustawia się w kolejce na egzamin. Wymagane są oczywiście wszelkie związane z tym formalności, czyli między innymi wyrobienie wspomnianego wcześniej numeru PKK.
Mając numer PKK można zgodnie z prawem jeździć po drodze publicznej jako kursant
Paradoksalnie, dopiero wtopiony egzamin uprawnia do legalnego odbycia jazd doszkalających. Do tego momentu osoba z zatrzymanym prawem jazdy znajduje się w czyśćcu - musi zdać egzamin państwowy, aby dokument odzyskać, ale zarazem nie może się do tej ceremonii przygotować, bo narazi się na poważne konsekwencje.
Ambaras magicznie ustępuje po oblaniu egzaminu, ponieważ otwiera to furtkę do poruszania się po drodze publicznej z “eLką” na dachu samochodu. Wówczas nic nie stoi na przeszkodzie, aby pod okiem instruktora oduczyć się obracania kierownicą na mydełko i dojeżdżania na luzie do skrzyżowania.
A najlepiej po prostu nie zbierać punktów karnych. Całkiem dobra opcja, polecam.







































