Łuk wyklepany na palcu manewrowym, jaki by nie był, to jednak do życia kursanta wnosi coś konstruktywnego. Tyle, że nie na egzaminie, a w realnej praktyce. Dzięki profesjonalnie zarządzanemu remontowi drogi, jeden z moich kursantów dzisiaj się o tym przekonał.

Co się wydarzyło? Pozornie nic szczególnego, po prostu jechaliśmy sobie przed siebie, kiedy po skręcie w boczną uliczkę spotkaliśmy tam zaawansowane prace drogowe. Znaku D-4 “droga bez przejazdu” brak, drogowcy machają na zachętę, no to jazda. Do pewnego momentu wszystko wyglądało obiecująco, chociaż droga przypominała powierzchnię Księżyca, ale ta w pewnym momencie się urwała dziurą wykopaną w ziemi.
Na szczęście istniała możliwość, aby nieco wcześniej skręcić w lewo w wąską uliczkę wijącą się między blokami, co też uczyniliśmy. Tyle, że po przejechaniu jakiegoś kilometra wijącym się ciągiem pieszo-jezdnym droga nagle odbiła się od kolejnej dziury w ziemi, która znajdowała się na drugim końcu remontowanej ulicy.
Szerokość ulicy i zaparkowane wzdłuż jednej krawędzi samochody nie pozwalały na zawracanie
W tym momencie kursant zaczął się nerwowo pocić, a ja zacierać rączki - jedyną opcją powrotu na właściwy szlak było przejechanie tego samego odcinka do tyłu. No dobrze, nie całego, lecz jego fragmentu, aby znaleźć miejsce do zawracania, niemniej i tak odcinek liczył ponad 100 metrów.

Scenografia przypominała łuk na placu manewrowym
Z tą różnicą, że zamiast pachołków stały samochody, a zamiast ciągłych linii były krawężniki. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że o ile zadanie na placu manewrowym jest schematyczne i jednowymiarowe, o tyle tutaj droga zakręcała w obie strony, robiła pętle i ósemki.
Pewnym utrudnieniem był też fakt, że na niektórych fragmentach prowadziła lekko pod górę. Podczas jazdy do przodu nie miało to znaczenia, bo samochód się po prostu staczał, ale podczas cofania już mocno uwierało w tyłek.
Kursant ogarnął zadanie i uznał to za najlepsze zadanie manewrowe, jakie do tej pory zrobiliśmy
A nie był to początkujący, a już mocno zaawansowany młody człowiek, który niebawem dobija do brzegu i kończy kurs. Pomimo początkowych trudności z zaadaptowaniem się, kiedy już podłapał istotę tego zadania, ze wszystkim radził sobie doskonale.
Zdaję sobie oczywiście sprawę, że przypadek był absurdalny, niemniej właśnie takie sytuacje dobrze weryfikują czyjeś umiejętności. Kiedy nie powtarzamy tego samego po raz nieskończony, a zdarza się rzecz całkowicie losowa i wymaga niemal natychmiastowej improwizacji.
Niezmiennie uważam, że łuk na egzaminie jest bez sensu
I nawet nie zapraszam nikogo do dyskusji, bo zupełnie nie ma o czym. Łuk jest dobry, jeżeli jest traktowany jako wstęp do nauki manewrowania samochodem. I to nie jako zadanie samo w sobie, a wyrwane z kontekstu jego fragmenty. Pisałem o tym kiedyś TUTAJ, w jednym ze swoich pierwszych tekstów na Autoblogu.
Nie widzę go natomiast zupełnie w roli egzaminacyjnego zadania, bo jest ono kompletnie idiotyczne. To tak, jakby zdawać egzamin maturalny z języka polskiego rozpoczynając od ćwiczenia z pisania literek. Jeżeli kreśląc szlaczki wielkiej litery F nie zakręcisz daszka, dostajesz lufę.
Nadal będę ludzi uczył jazdy po łuku, ale nadal będę to robił po swojemu
Właśnie po to, aby w momentach takich, jak ten opisany powyżej, ludzie potrafili sobie poradzić, a nie siadali bezradnie i ryczeli z bezsilności.
Przy okazji pozdrawiam też drogowców na warszawskim Służewie. Dziękuję za wzorcowe oznakowanie remontu drogi.



















