Pochwaliłem się na Facebooku, że kupiłem ponad 50-letniego Mercedesa W115 z ciekawą historią, a potem zajrzałem do sekcji komentarzy. Umiejętność czytania ze zrozumieniem to nadal problem.

Być może raz czy dwa (albo nawet trzy) pisałem na łamach Autobloga, że w listopadzie ubiegłego roku stałem się dumnym właścicielem Mercedesa W115 z silnikiem 220D, rocznik 1974. W momencie zakupu auto wciąż posiadało stare, czarne tablice rejestracyjne, więc nie omieszkałem podzielić się tym faktem z obserwującymi na współprowadzonym przeze mnie fanpage Czarna Warszawa o tejże tematyce.
Znalezienie auta, które od pół wieku należy do tej samej osoby, nie jest łatwym zadaniem
Mamy rok 2026, od zakończenia wydawania czarnych blach upłynęło niemal równo 26 lat i już samo spotkanie samochodu z takimi rejestracjami nie jest łatwe, a co dopiero jeszcze takiego, który dodatkowo od nowości jest w jednych rękach. Oczywiście nadal to się zdarza, ale nie oszukujmy się – dzieje się tak coraz rzadziej. No i prędzej będzie to auto, które od momentu wyjechania z salonu należy co najwyżej do tej samej rodziny, a nie konkretnie tego samego człowieka.
Mnie jednak ta trudna sztuka się udała, ale pomógł w tym szczęśliwy splot luźno powiązanych ze sobą zdarzeń. Jesienią, od bardzo dobrego kolegi dowiedziałem się bowiem, że jest do kupienia interesujący (przynajmniej dla mnie) samochód, który od chwili wyjechania z fabryki znajdował się u pierwszego i jedynego właściciela.

Tym właśnie autem okazał się wspomniany Mercedes z 1974 roku
Obecnie 52-letni egzemplarz ma pod maską 2,2-litrowy silnik Diesla o zawrotnej mocy 60 KM, połączony z 4-stopniową skrzynią biegów, a chyba najciekawszą informacją na temat tego auta jest fakt, że zostało zakupione jako nowe w Iraku, ponieważ akurat wówczas jego właściciel pracował w tym kraju na tzw. kontrakcie jako inżynier hydrotechnik.
Mniej więcej rok później wraz z całą rodziną przyjechał Mercedesem do Polski, a w kolejnych latach odwiedził za jego kierownicą jeszcze m.in. Turcję i Grecję. Mimo zakupu nowszego samochodu na początku lat 90., opisywane auto nadal było użytkowane, choć już nie tak intensywnie. W sumie przejechało ok. pół miliona kilometrów, zaliczając po drodze kilka mniejszych i większych remontów, dzięki którym do dziś pozostaje w dobrej kondycji.

W końcu nadszedł jednak trudny moment, w którym po ponad 50 latach razem właściciel, ze względu na swój wiek (kilka dni temu skończył 96 lat) i niestety nienajlepszy już stan zdrowia, zdecydował się rozstać ze swoim Mercedesem. W tym miejscu historii pojawiam się ja, któremu W115 zawsze się podobało, ale wydawało się przy tym dość odległym motoryzacyjnym marzeniem.
Po dokładnym obejrzeniu samochodu, ustaleniu satysfakcjonującej dla obu stron transakcji ceny oraz dopełnieniu formalności, przeprowadziłem mój nowy nabytek do siebie. Do tej pory zdążyłem go zarejestrować na zabytek oraz częściowo usunąć różne drobne braki i niedoskonałości, ale póki jeszcze wóz miał stare tablice, zrobiłem mu niedużą sesję i wrzuciłem jego zdjęcie wraz z dość rozbudowanym opisem na mój fanpage o autach na czarnych blachach.
Wrzucony w przerwie świątecznej post rozbił bank
Wpis o Mercedesie przebił dotychczasowy rekord strony, zbierając niemal 1000 polubień, jak również ponad 100 komentarzy. Myślę, że ten wynik to tylko częściowo zasługa samego zdjęcia i dołączonego do obrazka tekstu, a duży wpływ miały na niego także nieprzewidywalne algorytmy Facebooka, które widząc rosnącą popularność wpisu, zaczęły wyświetlać go przypadkowym osobom, spoza kręgu obserwujących fanpage. Ba, mam wrażenie, że nawet spoza kręgu ludzi zainteresowanych jakkolwiek motoryzacją. Było to wyraźnie widoczne w komentarzach.
Dopóki post krążył w ramach docelowej grupy odbiorców strony, było dość lajtowo. Początkowo w sekcji komentarzy dominowały osoby, które gratulowały zakupu („Piękny!”) albo dzieliły się własnymi opowieściami – np. ktoś wrzucił zdjęcie, na którym wiele lat temu jako dziecko siedzi na masce podobnego Mercedesa, a ktoś inny krótko opisał historię Toyoty, która też należała do nieprzeciętnego właściciela i przez długi czas była w jednych rękach.
Niestety, niedługo później pojawili się też „eksperci”
I wtedy dopiero zabawa się rozkręciła. Najpierw zaczęli robić niewinne podśmiewajki z osiągów 60-konnego Diesla oraz jakieś nieśmiałe uwagi dotyczące stanu (uwielbiam internetowych rzeczoznawców) i oryginalności mojego egzemplarza (podczas gdy to typowa II seria w fabrycznej kompletacji – dziś powiedzielibyśmy, że to W115 „po lifcie”), ale szybko zrobiło się jeszcze lepiej.

Jedni zaczęli spekulować na temat przeszłości właściciela i możliwej współpracy z wiadomymi służbami z czasów PRL („Mój tata też był na kontrakcie w Iraku w latach 80. i jakoś takiego Mercedesa nie przywiózł, ciekawe czemu”). Drudzy zaczęli z kolei otwarcie sugerować, że cała historia to fikcja, a ja na pewno oszukałem starszego człowieka i kupiłem ten samochód za grosze.
Na koniec doszedł jeszcze trzeci rodzaj komentujących, którzy ewidentnie nie zadali sobie trudu, żeby przeczytać treść wpisu, tylko zobaczyli przypadkiem post podczas scrollowania Facebooka i bez cienia zastanowienia zaczęli dopytywać, czy auto jest na sprzedaż. Mój ulubiony komentarz w tym stylu (pisownia oryginalna) brzmiał „DO ZECZY JAKA CENA”. Caps-lock, brak interpunkcji i błąd ortograficzny, każdy element tutaj pięknie ze sobą zagrał.
A mnie jedynie w tym wszystkim smuci, że w środowisku klasycznych aut nie brakuje niestety tego typu „miłośników”, którzy najwidoczniej nie są w stanie zrozumieć, że ktoś może kupić stary samochód, bo mu się po prostu podoba i chce nim jeździć, a nie dlatego, że zamierza na nim zarobić.



















