Na pierwszy rzut oka wygląda jak Tatra T77, ale w rzeczywistości jest jeszcze rzadszy, więc nie zdziwię się, jeśli nigdy o nim nie słyszałeś. Najwyższa pora to nadrobić.

Co jakiś czas w ogłoszeniach i na licytacjach pojawiają się unikatowe samochody, o których wszyscy myśleli, że wyginęły niczym ptaki dodo albo ich los przez dziesięciolecia pozostawał nieznany. Zwykle w wyszukiwaniu takich gratów przoduje red. Reicher, jednak tym razem udało mi się go wyprzedzić i to ja będę miał przyjemność przedstawić historię pewnego zapomnianego, przedwojennego wehikułu z Wielkiej Brytanii.
Ten samochód to Crossley Burney Streamline
Na początek mały rys historyczny. Auto będące dzisiaj przedmiotem naszego zainteresowania nazywa się Crossley Burney Streamline i zostało zbudowane w 1934 roku przez firmę Crossley na licencji sir Dennistouna Burneya. Stworzył on ten samochód na początku lat 30. i doprowadził do powstania 12 prototypów, po czym przekazał pałeczkę dalej. Warto dodać, że sir Burney jest też twórcą sterowca HM Airship R100.

Prezentowany wehikuł wyróżniał się w swoich czasach nie tylko modnym wtedy, opływowym nadwoziem (stąd podobieństwo do Tatry), ale także rozwiązaniami technicznymi – miał niezależne zawieszenie obu osi oraz silnik zamontowany z tyłu. Nie była to byle jaka jednostka, lecz 2-litrowy, sześciocylindrowy motor chłodzony cieczą (chłodnicę dla odmiany zamontowano z przodu), połączony z preselekcyjną skrzynią biegów Wilson.
Crossley Burney Streamline został oficjalnie zaprezentowany szerokiej publiczności podczas London Motor Show w 1933 roku, jednak wysoka cena na poziomie 750 funtów (dzisiejszy odpowiednik mniej więcej 70 tysięcy funtów) nie zapewniła mu popularności. Zbudowano zaledwie około 25 egzemplarzy i do niedawna sądzono, że przetrwał tylko jeden, znajdujący się w zbiorach National Motor Museum w Beaulieu.
Odnalazł się jednak drugi i nawet jest do kupienia
Mowa o egzemplarzu z numerem ramy 17/103, który wraz z kilkoma innymi barnfindami został wystawiony na licytację organizowaną przez dom aukcyjny Humbert & Ellis Ltd. Na razie jego cena nie powala (wynosi 500 funtów, czyli ok. 2500 zł), ale stan auta również nie jest powalający.

Jeśli jednak kogoś nie zraża kondycja wozu, to ma szansę nabyć kawał naprawdę ciekawej historii. Ten konkretny samochód został po raz pierwszy zarejestrowany 7 grudnia 1933 roku, a niecały miesiąc później – 2 stycznia 1934 roku – został przetestowany przez dziennikarzy brytyjskiego magazynu The Motor.
Przez prawie całe lata 30. auto pozostawało własnością fabryki i dopiero niedługo przed wybuchem II wojny światowej trafiło do sir Burneya, który miał się zająć problemami z układem chłodzenia. Już w czasie wojny opisywany egzemplarz znalazł się w rękach jego wspólnika.
Niejaki H.B. Ormerod w 1946 roku zastąpił oryginalny silnik jednostką Vauxhalla, a w międzyczasie karoseria auta doczekała się liftingu. Według doniesień autorem modyfikacji był sam sir Burney.
Ormerod sprzedał swojego Streamline’a po ponad dwóch dekadach użytkowania – w 1967 roku. Później samochód przeszedł przez ręce trzech pośredników i rolnika, zanim w grudniu 1984 roku nabył go obecny właściciel.

Aktualnie ten oferowany na aukcji Crossley Burney Streamline nie posiada żadnego zespołu napędowego, ale jak wynika z opisu, zwycięzca licytacji dostanie wraz z autem taki sam silnik, jaki był montowany w oryginale oraz przekładnię ENV. Dodatkowo nowy właściciel otrzyma również zapasową ramę.
Nie chcę być czarnowidzem, ale…
Przyznaję, że mam spory dylemat z tym autem. Z jednej strony wspaniale byłoby zobaczyć ten egzemplarz znów na drodze – sprawny i jeżdżący. A do tego najlepiej wizualnie odrestaurowany tylko w niezbędnym stopniu, z zachowaniem oryginalnej patyny, którą nabrał przez lata.
Boję się jednak, że może tutaj powtórzyć się dobrze znany scenariusz, podobny chociażby do historii tego Marcosa Mantisa, kiedy to wkrótce po zakończeniu aukcji (a to nastąpi 18 maja) unikatowy Crossley Burney Streamline wypłynie w polskich ogłoszeniach, gdzieś u przedsiębiorczego handlarza w Wielkopolsce czy na Podlasiu. Oczywiście w niezmienionym stanie, za to z dopisanym jednym 0 na końcu ceny.
I w efekcie jeden z dwóch zachowanych egzemplarzy tego modelu nie doczeka się ani remontu, ani przynajmniej ekspozycji w jakimś muzeum, tylko spokojnie wrośnie sobie w ziemię u kogoś na placu w pięknym kraju nad Wisłą. Obym jednak się mylił i ta wizja się nie ziściła.



















