Samochód to członek rodziny. Badania nie pozostawiają złudzeń
Mamy dowody – ludzie tak naprawdę nie chcą kolejnego auta z szablonu, wyglądającego tak samo jak model konkurencji. Samochód to coś więcej.

Na pewno nie jestem jedynym, który od dobrych kilku dekad utyskuje na wygląd samochodów „dla ludu”. Mam wrażenie, że obecne pokolenie projektantów aut jest najbardziej leniwym w historii, z nielicznymi wyjątkami. Większość modeli powstaje chyba metodą Ctrl+C – Ctrl+V, z ewentualnym skalowaniem w górę. Nie będę tu wymieniał marek ani konkretnych modeli, bo niemal każdy producent ma w tym temacie swoje na sumieniu.
Oczywiście rozumiem powody takiego postępowania. Produkcja z jednej formy jest nieporównywalnie tańsza, więc im więcej części z jednego auta można wykorzystać w innym, tym lepiej. Nie wspominając już nawet o tym, co pod spodem. Ileż to modeli powstaje na dobrze znanej, wielokrotnie wykorzystywanej i oczywiście przez to tańszej platformie? Trudno zliczyć.

Osobnym tematem jest kolorystyka. Ileż to razy, widząc zdjęcie parkingu czy ulicy z lat 80. albo 90., moja pierwsza myśl brzmiała „Jak tu kolorowo!”. Żywe, momentami jaskrawe kolory dodawały smaczku tamtym czasom. Dziś? Ulice zalane są autami w jedynie słusznej palecie: białe, srebrne i czarne plus ewentualnie jakieś zgaszone granaty czy zielenie. Od czasu do czasu mignie jakiś czerwony rodzynek.
Zresztą nie jest to tylko specyfika samochodów – wypuściwszy model T7, Yamaha odkryła, że oto trafiła na żyłę złota. I tutaj dopatruję się podobnego grzechu. Od momentu debiutu w 2019 roku wcieleń Tenery wyszło bowiem tyle, że szkoda mi czasu je wszystkie liczyć. Base, Rally, World Raid, Explore, Extreme, GYTR… I wcale nie mam pewności, czy to koniec. Każda z nich wygląda niemal identycznie, różniąc się a to pojemnością baku, a to amortyzatorem, a to wysokością kanapy, a to płytą pod silnik – w większości trudnymi do dostrzeżenia szczegółami.
Chcemy się wyróżniać
Motocyklom oczywiście bliżej do pasji niż praktyczności. Mało kto kupuje je jako faktyczny i jedyny środek transportu. Można więc uznać, że w tym wypadku chęć wyróżnienia się, „zaszpanowania” i zwracania na siebie uwagi jest dużo większa niż w przypadku aut. Ale czy na pewno?
Okazuje się, że nie do końca. Cupra opublikowała właśnie wyniki badania, które na zlecenie hiszpańskiego producenta przeprowadziła w Polsce firma ARC Rynek i Opinia. Wnioski są jednoznaczne. Aż 74 proc. respondentów chce, żeby ich samochód dobrze się prezentował. Oznacza to, że kwestie estetyki odgrywają istotną rolę dla aż trzech czwartych potencjalnych klientów. Nie wystarczy zatem robić kolejne modele przypominające samochód sąsiada sprzed 3 lat. Nie wystarczy przerysować delikatnie projekt, zmienić lusterka, może grill, przyklepać inny znaczek i sygnować to mianem „faceliftingu”, a czasem nawet nowej generacji czy wręcz modelu.

To dlatego tak wielu z nas wzdycha za starą motoryzacją. Auta sprzed kilku dekad nie były pozbawione wad, często miały katalog bolączek, który długością zawstydziłby zestawienie funkcji bezpieczeństwa i systemów elektronicznych współczesnych pojazdów. Psuły się, ciekły, były humorzaste. Ale były też jakieś. Miały swój wyjątkowy charakter, były niepowtarzalne i często wystarczyło spojrzenie na kawałek lampy, klamki czy lusterka, żeby określić, jaki to model. Oryginalne modele niemal zawsze stawały się ikonami i trafiały na karty historii motoryzacji.
Chcemy, żeby patrzyli
Na tym nie koniec. W badaniu 49 proc. respondentów przyznało, że czuje dumę, gdy ich samochód zwraca uwagę innych. 44 proc. lubi, gdy ich auto wyróżnia się z tłumu. Dostaliśmy więc do ręki podkładkę na to, co większość (a przynamniej blisko połowa, jak wynika z badania) z nas myślała i mówiła już od dłuższego czasu. Chcemy się wyróżniać, szukamy oryginalności, lubimy zwracać uwagę swoimi samochodami. Dla dużej grupy klientów nie wystarczy, żeby się nie psuł, mało palił i miał duży ekran. Ma się rzucać w oczy, ma wyglądać dobrze, inaczej.
Wyniki te mogą być o tyle zaskakujące, że dzisiejsza kultura w tym aspekcie zdaje się różnić od naszych lat młodości. Kiedyś kwestia oryginalności ważyła więcej, a taka sama sukienka na imprezie bywała powodem szlochów, kłótni, a nawet przedwczesnej ewakuacji. Dziś mamy trendy online. Wydawałoby się, że obecnie mało kto sili się na oryginalność, kiedy prościej i bezpieczniej jest po prostu kopiować to, co już się przyjęło i zyskało popularność.
Badanie Cupry pokazuje jednak, że albo nie do końca tak jest, albo samochody wymykają się temu schematowi. A może po prostu mamy już przesyt praktycznych, nowoczesnych, ale przy tym bezjajecznych, pozbawionych charakteru modeli na jedno kopyto…?
Mój kochany samochodzik
Ciekawym aspektem jest też kwestia emocjonalna. Dla pasjonatów nie jest to nic nowego. Samochód posiadany z pasji ma zupełnie inny status, wiąże się z silnymi uczuciami i sentymentem, które nierzadko dominują nad jego praktycznością, niezawodnością czy liczbą gadżetów.
Wyniki pokazują natomiast coś zaskakującego. Co trzeci respondent w badaniu zadeklarował, że samochód traktuje niemal jak członka rodziny – rozmawia z nim, chwali go i nadaje mu wymiar silnie osobisty. Trudno mi uwierzyć, że odsetek pasjonatów samochodowych przekracza w społeczeństwie 30 proc. Dużo bardziej prawdopodobne wydaje mi się to, że traktowanie samochodu jako „czegoś więcej” nie jest zarezerwowane wyłącznie do petrolheadów.
To ważne badanie, które zdaje się pokazywać, że konsumenci i producenci w dużym stopniu rozmijają się na etapie przypisywania priorytetów związanych z nowymi samochodami. Chociaż można w tej kwestii zaobserwować pewną odwilż, nadal jest dużo do poprawy. Jestem bardzo ciekawy, czy pójdą za tym dalsze działania. Może szerokie badanie w kilku krajach? Taki wielomilionowy głos mógłby w końcu zostać usłyszany przez producentów i projektantów. Oby!



















