Myślenie jednak boli. A jeszcze bardziej skutki jego braku
Ostatni większy przypływ śniegu pokazał doskonale w mojej etatowej branży, dlaczego dochodzi do tylu kolizji w takich warunkach drogowych. Nie jest to oczywiście reguła, ale ludzie przestali umieć oceniać zagrożenie.

Wystarczyło trochę śniegu zalegającego na drogach, wilgotne powietrze i temperatura poniżej zera przez kilkadziesiąt godzin, aby dokonać szybkiej weryfikacji, kto ma zadatki na dobrego kierowcę, a kto większą karierę zrobi jako pasażer miejskiego autobusu. Kilka dni pracy dobitnie utwierdziło mnie w tym przekonaniu.
Brakuje świadomości o potencjalnym zagrożeniu
Ja naturalnie wiem, że jeżeli ludzie wiedzieliby wszystko od razu, to nie przychodziliby na kurs prawa jazdy. Rozumiem też, że trudno jest uświadomić sobie niektóre rzeczy przed ich spróbowaniem. Ale zachowywanie się tak, jakby między suchą a oblodzoną nawierzchnią nie było żadnej różnicy, trzeba po prostu nie mieć wyobraźni.
Nie mam przy tym na myśli żadnych ekstremalnych incydentów, jak awaryjne hamowanie czy niespodziewane ominięcie przeszkody. Chodzi o najbardziej typowe sytuacje, jakie można sobie wyobrazić, czyli np. hamowanie w odniesieniu do stojącego przed nami samochodu.
Kiedy sam uczyłem się jeździć kilkanaście lat temu, robiłem to latem i nie miałem zimowego przeszkolenia, ale już sam fakt chodzenia po zasypanym śniegiem chodniku dał mi do myślenia, że samochód zachowuje się wtedy inaczej. Mam wrażenie, że dzisiaj młodzi ludzie mają kłopot, żeby takie potencjalne zagrożenie sobie wyobrazić.
Kiedy już coś niekontrolowanego się wydarzy, nauka i tak idzie jak krew w piach
Mogłoby się wydawać, że brak świadomości szybko ustąpi, kiedy komuś się powinie noga i np. zaliczy przerażającą podsterowność przy wejściu w zakręt albo hamowanie wydłużone o kilkanaście metrów. Mniej wiesz, lepiej śpisz, ale kiedy już jednak wiesz, to będziesz bardziej uważać.
Prawda? Oczywiście, że nie. Tego typu potknięcie zdarzy się po raz drugi, trzeci, piąty i dwunasty. Bo przecież samochód wyprostował zakręt wcale nie dlatego, że kursant cisnął gaz przy wchodzeniu w łuk drogi. Nie ma żadnej refleksji i połączenia kropek, że wystąpił tutaj ciąg przyczynowo-skutkowy.
I to nie tak, że zostawiam ludzi samym sobie na zasadzie “domyśl się, co poszło źle”. Po wpadce kursant otrzymuje informacje zwrotną, że ̶j̶e̶s̶t̶ ̶d̶u̶r̶n̶i̶e̶m̶ popełnił błąd i zachowanie samochodu jest efektem zwiększania ciągu podczas skrętu w połączeniu z fatalną przyczepnością. Tyle, że mógłbym w tym momencie recytować dzieła literatury mongolskiej, a efekt byłby dokładnie taki sam, czyli żaden.
Używanie wyobraźni jest w odwrocie
Od tego jest kurs prawa jazdy, aby nauczyć ludzi poruszać się samochodem. Niemniej, mam prawo oczekiwać, że kursanci są obdarzeni własną inteligencją, która pozwoli im odróżnić sytuacje potencjalnie niebezpieczne od tych całkowicie neutralnych. Nie rozchodzi się przy tym o żadną rakietową technologię, a o zwykłe rozpoznanie niebezpieczeństwa i np. odróżnienie poruszania się po lodzie od poruszania po suchym asfalcie.
Tymczasem, ludzie wkładają palce do żywego ognia i nie przewidują, że poparzą sobie skórę. Gdyby chociaż ktoś wyciągnął z tego właściwe wnioski i przy kolejnym razie nie pchał paluchów tam, gdzie nie powinien, widziałbym jakąś nadzieję na przyszłość. Tymczasem tutaj brakuje jakiejkolwiek refleksji nad popełnionym błędem.
Jeżeli zastanawialiście się, skąd w takich warunkach tyle wypadków, to macie odpowiedź z samego źródła
Brzmi to być może trochę jak gderanie starego dziada na zasadzie “kiedyś to było”, ale mam nieodparte wrażenie, że dawniej ludzie jakoś lepiej przyswajali taką wiedzę.
Robim, co możem, ale że niewielem możem, to i niewiele robim.







































