REKLAMA

Przepisy próbują dogonić rzeczywistość. Ale tabletów w aucie wciąż nie widzą

Minister kultury podpisała wreszcie nowelizację rozporządzenia o opłacie reprograficznej. Mają być nią objęte m.in. smartfony, tablety i laptopy. Wnętrza nowych aut – już nie. Mimo że powoli to wielkie tablety w metalowym etui na kołami.

Przepisy próbują dogonić rzeczywistość. Ale tabletów w aucie wciąż nie widzą
REKLAMA

Piętnaście lat – tyle Polska czekała na aktualizację przepisów, które decydują, od jakich urządzeń producenci i importerzy odprowadzają opłatę reprograficzną, czyli rekompensatę dla twórców za możliwość kopiowania ich dzieł na własny użytek. Poprzednia lista, skompilowana w realiach roku 2003, uwzględniała takie ociekające nostalgią pozycje, jak kasety VHS, faksy i nagrywarki DVD. Teraz, po podpisaniu nowelizacji 30 kwietnia 2026 roku, do katalogu weszły wreszcie nowoczesne urządzenia. Ale czy aby na pewno?

Telefony komórkowe z wbudowaną pamięcią, w tym smartfony, otrzymały stawkę na poziomie 1 proc. Taka sama dopłata dotyczyć będzie komputerów stacjonarnych i przenośnych oraz tabletów. Płyty CD, DVD i Blu-ray – tu każdy z nas dopłaci 2 proc. W praktyce do smartfona wartego 3000 zł trzeba będzie dołożyć 30 zł. Rewolucja, jakiej nie było od półtorej dekady.

REKLAMA

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jedna karkołomna zagwozdka. W wykazie 19 kategorii urządzeń nie znalazły się chociażby samochody, ale też cała masa „inteligentnych” sprzętów. I tutaj zaczyna się najlepsza część tej historii.

Prawo znów zostało w tyle

Spójrzmy na to trzeźwym okiem. Nowe przepisy obejmują smartfona z 6-calowym ekranem i 128 GB pamięci. Nie obejmują natomiast najnowszych modeli samochodów, które mają wbudowane systemy z wyświetlaczami rozciągającymi się przez całą deskę rozdzielczą, zapewniają dostęp do internetu przez wbudowaną kartę SIM, Spotify, nawigację online i – przy postoju – możliwość oglądania filmów. No ale „jaki koń jest, każdy widzi”. Wystarczy spojrzeć – ma cztery koła i kierownicę, więc to samochód, nie tablet. Ewidentnie nic wspólnego ze sprzętem do utrwalania treści chronionych prawem autorskim.

Tesla Model S lifting

Tesla Model 3 wyposażona jest w 17-calowy pionowy wyświetlacz z pełnym dostępem do internetu, wbudowaną platformą do strumieniowania wideo i własnym sklepem z aplikacjami. Dla porównania – przeciętny tablet, który od teraz będzie objęty opłatą, ma ekran 10-calowy i mniej więcej tyle samo możliwości.

BMW serii 7 oferuje ekrany dla pasażerów tylnej kanapy, na których można oglądać filmy, słuchać muzyki i przeglądać internet. Można też pobrać treści na wbudowaną pamięć. Brzmi jak definicja urządzenia do utrwalania i odtwarzania chronionych utworów? No niby tak, ale zgodnie z prawem jest to „system inforozrywki pojazdu samochodowego”, co brzmi zupełnie inaczej i nie ma się do czego przyczepić.

BYD e1

Co drugi nowy model z Chin przypomina tablet na kółkach w dużym, blaszanym etui. Regulacje zakwalifikowałyby go pod opłatę reprograficzną mniej więcej tak samo łatwo, jak gdyby ktoś próbował udowodnić, że lodówka SmartHome z wyświetlaczem i Spotify jest urządzeniem muzycznym. No właśnie… jest czy nie jest?

Lista dogoniła rok… 2015

Uczciwie mówiąc, nowelizacja jest potrzebna, ale spóźniona. To, że w wykazie wciąż figurują magnetofony i magnetowidy z symboliczną stawką 0,01 proc. – jedynie z uwagi na wymogi ustawowe – jest już przynajmniej uczciwe, choć pozbawione głębszej logiki. Nikt nie udaje, że Walkman przeżywa renesans: faksy wyleciały, kasety VHS też. W to miejsce weszły smartfony i tablety. To uczciwy krok naprzód.

Problem w tym, że nowe przepisy dogoniły mniej więcej rok 2015. Wtedy smartfon z dostępem do internetu był rzeczywiście nowym wynalazkiem w kontekście prawa autorskiego. Dziś w praktyce coraz trudniej wskazać urządzenie, które nie odtwarza, nie pobiera i nie przechowuje treści chronionych prawem autorskim. Pralka z modułem WiFi i głośnikiem? Lodówka z ekranem? Ramka na zdjęcia ze streamingiem? Pytania na razie retoryczne – może za kolejne 15 lat regulacje je dogonią.

Podobnie zresztą wygląda kwestia mandatów za korzystanie z telefonu podczas jazdy. W tym przepisy widzą problem, ale nie widzą go w olbrzymim ekranie migającym światełkami, motywami, powiadomieniami i czym tylko przed nosem kierowcy. Ekranie, z którym można też połączyć smartfona, rzecz jasna. Dla mnie meandry tej logiki są zbyt kręte.

REKLAMA

Piękny zapach lobby o poranku

Tymczasem przemysł motoryzacyjny spokojnie wkłada 17-calowe ekrany do wnętrz aut, wdraża systemy oparte na Androidzie, podpisuje umowy ze Spotify i Netflixem, a samochody z roku na rok coraz bardziej przypominają salony multimedialne, które przy okazji dają się prowadzić. ZAIKS i inne organizacje zbiorowego zarządzania pewnie jeszcze tego nie zauważyły – albo po prostu lobby motoryzacyjne jest skuteczniejsze niż lobby producentów kaset VHS. Na razie można spać spokojnie: nowy samochód za 200 000 zł z Netflixem, YouTube i wbudowaną kartą SIM nie podniesie ceny o 1 proc. Natomiast tablet za 1500 zł – już tak.

Nowe przepisy wejdą w życie 6 miesięcy po opublikowaniu w Dzienniku Ustaw, do której to publikacji jeszcze nie doszło. Pierwotnie rozporządzenie miało obowiązywać od 1 stycznia 2026 roku, ale realnie obowiązek poboru nowej opłaty wejdzie w życie najwcześniej jesienią.

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-05-06T08:23:19+02:00
Aktualizacja: 2026-05-05T16:33:27+02:00
Aktualizacja: 2026-05-05T15:20:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-05T11:41:20+02:00
Aktualizacja: 2026-05-05T09:38:50+02:00
Aktualizacja: 2026-05-04T20:09:38+02:00
Aktualizacja: 2026-05-04T18:18:48+02:00
Aktualizacja: 2026-05-04T16:38:19+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA