Marka okazała się wydmuszką. Dostawcy zabierają kluczyki do aut klientów
W grudniu ogłoszono powstanie nowej marki samochodów na Białorusi - Zubr. Od początku wszystko co z nią związane wydawało się zbyt piękne, żeby było prawdziwe. I faktycznie - bajkowy sen okazał się koszmarem skuszonych klientów.

W grudniu minionego roku pisaliśmy o planowanym rozpoczęciu sprzedaży samochodów nowej marki Zubr. Miały to być auta oparte na modelach znanej w Polsce chińskiej marki Forthing należącej do koncernu Dongfeng, z nowymi nazwami i bardzo atrakcyjnymi cenami katalogowymi. Jednak już wtedy wiele rzeczy pachniało co najmniej dziwnie. Ogólne informacje o marce znajdziecie poniżej:
Strona oficjalnie nieotwarta, ale zapisy na jazdy testowe już tak
Artykuł o autach Zubr powstał w grudniu, zaś baner ukazujący się po przejściu na jej stronę w czasie jego pisania informował, że strona będzie w pełni otwarta dopiero później, a dokładnie... w grudniu. Mimo to, dostępny był drobny baner z listą modeli, zdjęciami i cenami, i to bardzo atrakcyjnymi. Za kompaktowego SUV-a o napędzie elektrycznym o nazwie Zorka trzeba byłoby zapłacić równowartość 94 tys. zł. To był jednak dopiero początek - (teoretycznie) można było umówić się nawet na jazdy testowe u dealerów, którzy jeszcze oficjalnie nie rozpoczęli działalności.

Auta Zubr miały być oficjalnie jedynie montowane w białoruskich zakładach, zaczynając od prostego wykańczania niemal gotowych aut. Z czasem ilość prac i udział lokalnie wytwarzanych komponentów miał się zwiększać. Jako lokalizację owego przedsięwzięcia wybrano wieś Obczak pod Mińskiem, gdzie swoją siedzibę miały zakłady Unison. Te miały na swoim koncie montaż Fordów, chińskich aut drugorzędnych producentów, a przez chwilę nawet polskich Lublinów 3. To chyba wystarczy jako pokaz jakości zakładów.
Problem jednak w tym, że ta fabryka przez ostatnich kilka lat niemalże leżała odłogiem, gdyż nic konkretnego się tam nie działo (chyba że za takowe uznamy produkcję części zamiennych do ciężarówek MAZ).
Nawet rząd nie wiedział
Ale i to nie jest najgorsze - o montażu nie wiedziało nawet... białoruskie Ministerstwo Gospodarki. Jeszcze w grudniu szef resortu Juryj Czabatar w odpowiedzi na szum medialny informował, że ministerstwo nie wydawało żadnej zgody na produkcję samochodów marki Zubr, a źródła zapewniające o rozpoczęciu takowego są niegodne zaufania. Z pewnym opóźnieniem podobne informacje serwowało biuro fabryki Unison, mówiące że żadna produkcja Zubrów nie jest planowana.
Koniec końców, odkryto pewną partię samochodów, które jednak tylko zalegały pod śniegiem na parkingu koło salonu Zubr w Mińsku. Jak dowiadywały się białoruskie media z Onliner.by na czele, były to jedynie egzemplarze próbnej serii przedprodukcyjnej. Nie były one udostępniane klientom, ani mediom, tylko tak sobie stały. Najprawdopodobniej były uprzednio dostarczonymi autami marki Forthing, jedynie z dołożonym logo Zubr.
To jest firma-krzak
Jak odkryli dziennikarze rosyjskiego portal Motor.ru, za projekt "wytwarzania" samochodów marki Zubr stoi jedna ze spółek o tej nazwie. Okazało się bowiem, że pod jednym adresem działało kilka firm, różniących się jedynie zajmowanym pomieszczeniem i używanym logo - Zubr Autogroup, Zubr Logistic, Zubr Finance, Zubr Body Part, Zubr TechService, Zubr West Trade i Zubr Businessinvest. Zajmowały się tak zwanym mydłem i powidłem wokół sprzedaży samochodów, zaś ta ostatnia miała odpowiadać za auta własnej marki.
Ogólnie jednak przedsiębiorstwo zajmuje się sprzedażą ut innych marek. Głównie chińskich i głównie o napędzie elektrycznym. Jednak nawet z tymi autami pojawiły się ostatnio problemy. Jak podaje Motor.ru, do mediów zaczęły się zgłaszać osoby skarżące się na wady kupionych u Zubra aut. Jeden z klientów sprawdził miernikiem lakieru, że jego BYD, kupiony jako rzekomo nowy, okazał się powypadkowym. Lepienia "nowych" aut to nawet polscy handlarze w latach dziewięćdziesiątych by nie wymyślili.

Jak podaje jeden z niemal oszukanych klientów - miał on żądać wydania mu właściwego, nowego auta. Jednak w odpowiedzi usłyszał jedynie, żeby "brał co jest, bo za tydzień firma upadnie, a wtedy zostanie z niczym".
Co więcej kilkudziesięciu klientów miało czekać od kilku tygodni na swoje auta. To znaczy, auta mogli ponoć zobaczyć, ale nie mogli ich odebrać, ponieważ...
Dostawcy zabrali kluczyki (XD)
To już jest creme de la creme całej tej białoruskiej telenoweli. Ale po kolei: jak podaje Onliner.by, Zubr miał zamawiać samochody z innych salonów na życzenie klientów. Po ich zakupie, nie mógł się jednak dogadać z podmiotami odpowiedzialnymi za transport, gdyż - uwaga - nie chciał im płacić. Dlatego dostawcy oddawali Zubrowi auta, ale zabierali kluczyki jako swoisty zastaw, póki ich klient nie zapłaci za transport.
A zatem, własnych aut nie ma - ale są reklamy. Inne auta są u klientów - ale ci nie mogą nimi jeździć. Rząd nic nie wiedział, fabryka nic nie wiedziała, wiedzieli pracownicy, którzy już pouciekali w podskokach. Prawdopodobnie w tym miejscu kończy się ta historia, gdyż aut marki Zubr już raczej nie będzie, a inne działalności przedsiębiorstwa zaraz upadną jak ZSRR w 1991 r. Wszystko pojawiło się znikąd, szybko, nie wiadomo jak. Miało być tak pięknie - wyszło jak zwykle. Ale jaka to ulga, że nie piszę tego o kolejnym polskim projekcie.
Więcej o motoryzacji na wschodzie przeczytasz tutaj:





































