Oto nowy Lexus TZ. Zmieścisz rodzinę i dom, w którym mieszka
Jeśli jest coś, czego rynkowi motoryzacyjnemu AD 2026 dramatycznie brakuje, to z pewnością wielkich, drogich SUV-ów z panoramicznym dachem i liczbą głośników niczym w małym klubie. Na szczęście Lexus właśnie zapowiedział model TZ – kolejnego elektrycznego kolosa, którego rynek tak bardzo wyczekiwał.

Rynek nowych samochodów w Europie rysuje ponury obraz 2025 roku, choć trudno tu mówić o jakimkolwiek zaskoczeniu. Otóż sześć na dziesięć nowych aut zarejestrowanych na Starym Kontynencie to SUV-y – dokładnie 59,2 procent, podczas gdy w 2020 roku było ich 41,3 procent. Hatchbacki skurczyły się z niedawnych 35 procent do zaledwie 23,9. Kombi kurczowo trzymają się na powierzchni ze swoimi 7 procentami, a sedany powoli dogorywają, stanowiąc mizerne 3,5 procent nowych aut. Widać więc wyraźnie, że jeśli czegoś brakuje, to tym czymś jest oczywiście kolejny wielki, drogi, elektryczny SUV – i Lexus wziął sobie tę odpowiedzialność głęboko do serca.

7 maja japońska marka zaprezentowała model TZ: w pełni elektrycznego SUV-a z sześcioma miejscami i trzema rzędami foteli, który trafi do europejskich salonów w 2027 roku. Auto mierzy 5100 mm długości, 1990 mm szerokości i 1705 mm wysokości. Standardowe stanowisko parkingowe w Polsce ma 5x2,5 m, więc TZ będzie z niego wystawał o dziesięć centymetrów. Albo właściciel wykupi dwa – w końcu jeździ wielkim elektrycznym Lexusem, to pewnie go stać.
Wnętrze do mieszkania
Żeby nie było żadnych wątpliwości, że chodzi tu o zwykły samochód, Lexus ochrzcił wnętrze TZ mianem „Driving Lounge” – saloniku na kołach, który służy nie tylko do przemieszczania się, ale też do „spędzania czasu”. Jest panoramiczny dach nad wszystkimi sześcioma miejscami. Dwa fotele kapitańskie w drugim rzędzie mają wysuwane podnóżki i podgrzewanie. W trzecim rzędzie siedzenia też są podgrzewane – co według Lexusa ma być „rzadkością w segmencie”.
Na pulpicie przyciski pojawiają się dopiero, gdy przesuniesz nad nimi rękę. Panele drzwi wykonano z bambusa z japońskiej wyspy Shikoku, bo wiadomo, że bambus z konkretnej japońskiej wyspy brzmi ekskluzywnie, chociaż nie wiadomo dlaczego. Za dźwięk odpowiada system Mark Levinson z 21 głośnikami i oddzielnym trybem dla tylnych siedzeń. Drzwi same się dociskają, gdy ich nie domkniesz. Luksusowo, zgodnie z nazwą marki.

TZ powstał na platformie TNGA-K – tej samej co nowa Toyota Highlander – i dostał akumulator o pojemności 95,8 kWh sparowany z dwoma silnikami po 227 KM każdy. Łącznie system dysponuje mocą 407,8 KM i 268,6 Nm momentu na oś. Do setki TZ przyspiesza w 5,4 sekundy, zasięg deklarowany to 530 km, a ładowanie z 10 do 80 procent trwa przy 150 kW około 35 minut. Do tego funkcja DRS (Dynamic Rear Steering – nie, nie ten z F1) oznacza, że tylne koła skręcają w zakresie do czterech stopni, co zmniejsza promień zawracania z 5,8 do 5,4 metra. W aucie o gabarytach szafy trzydrz… sześciodrzwiowej ma to akurat sens.
Lexus spróbuje cię oszukać
To, czym niewątpliwie wyróżnia się nowy TZ, to funkcja Interactive Manual Drive, będąca wirtualną ośmiobiegową skrzynią biegów z łopatkami przy kierownicy – w aucie elektrycznym. W połączeniu z syntetycznymi dźwiękami i udawanym wskaźnikiem obrotów możesz dać się oszukać i pomyśleć, że tego kolosa napędza silnik benzynowy. A jednak pod butem masz natychmiastowy moment elektrycznego silnika. Jestem ciekawy, jak przekonująca będzie ta iluzja.

Cena nie jest jeszcze znana, ale flagowy BMW X7 startuje w Polsce od 525 000 zł, a Mercedes GLS wyceniany jest podobnie. TZ gabarytowo gra w tej samej lidze, więc raczej nie spadnie poniżej granicy piątki z przodu. Być może nawet przekroczy ją z zapasem. Trzeba poczekać i przygotować odpowiednią kieszeń – lub dwie. W końcu bambus z Shikoku musi swoje kosztować.
W czasach, gdy hatchbacki tracą udział w rynku, sedany znikają z europejskich ulic, a kombi stały się gatunkiem chronionym, Lexus pokazuje nowego SUV-a. No wiem, wiem, że chodzi o sprzedaż i popyt, ale jest to jednak rozczarowujące. Najgorsze jest to, że nic nie wskazuje, żeby ten trend miał się odwrócić.
Lexus TZ jest tylko kolejnym dowodem na to, że rynek prędzej kupi kolejnego sześciomiejscowego kolosa, dłuższego od standardowego miejsca parkingowego, niż nowego, autentycznego hot-hatcha albo ciekawego sedana. Liczby jednoznacznie wskazują, że świat chce więcej wielkich i drogich SUV-ów. I więcej SUV-ów dostanie.



















