REKLAMA
  1. Autoblog
  2. Felietony

Motoblender 11: MotoRODO

Kiedyś było Moto-Rodeo, a teraz będzie Moto-RODO. Ale będzie sieczka. Zapraszam na Motoblender, odcinek 11 - czyli subiektywny przeglądu niusów mijającego tygodnia.

19.05.2018
8:16
motoblender
REKLAMA
REKLAMA

W przyszłym tygodniu wchodzi RODO. Nie będę Wam tłumaczył o co chodzi, a chodzi o dane osobowe – w każdym razie jest panika i szerzą się oszustwa oraz próby wyłudzeń pieniędzy związane z RODO. I tu pojawia się pytanie: teraz danymi osobowymi będzie wszystko, co pozwoli zidentyfikować osobę, a więc na przykład może to być numer rejestracyjny pojazdu. Przecież ktoś może być pracownikiem firmy ubezpieczeniowej, wydziału komunikacji lub policjantem/ntką, a to umożliwia mu (jej) identyfikację osoby po tablicach. Czyli pożyczając od kogoś samochód udostępniam jego dane osobowe i w sumie powinienem mieć jego zgodę. A co ze zdjęciami, lub z filmami z wideorejestratora? Właściwie ich publikacja odpada.

To to jeszcze nic... jeśli warsztat samochodowy prowadzi klientowi książkę napraw i przeglądów (nawet w wersji elektronicznej) to też przetwarza jego dane. A ileż wrażliwych danych przetwarza handlarz Grubas z autokomisu Grubas Auto, handlujący gruzami po parę tysięcy złotych? Każdy Grubas powinien mieć indywidualnego Inspektora Ochrony Danych. Naprawdę możliwości naciągania tego typu ludzi na „audyty” RODO i „dostosowanie firmy do nowych przepisów” są wręcz nieograniczone. Sam padłem ich ofiarą – firma, która prowadzi hosting mojego serwisu internetowego postanowiła wprowadzić opłatę dodatkową w wysokości 550 zł za „nowe regulacje RODO”, a jeśli jej nie wniosę to zerwą umowę, którą zawarli ze mną 3 tygodnie temu. To będzie ciekawy przypadek.

Ceny paliw wzrosły do 5,19 zł za litr, przynajmniej w mojej okolicy

Czy to źle? Wątpię, parę lat temu było jeszcze drożej i nic się nie stało. Benzyna powinna być droga, żeby na auta luksusowe mogli pozwolić sobie tylko ludzie naprawdę dobrze zarabiający. Reszta powinna jeździć małymi, miejskimi samochodami, które mało palą. No i powinny być dostępne małe i tanie samochody elektryczne, a nie pięciometrowe Tesle za 700 000 zł. Nie rozumiem, dlaczego producenci próbują pchać elektryczność w segment luksusowy, a „biedakom” zostawiają silniki spalinowe. Biedni ludzie mogą truć, a bogaci nie mogą, czy jak? Tak czy inaczej – od benzyny za 5,19 zł nikt jeszcze nie umarł i jestem za tym, żeby cena nie spadła znowu poniżej 5 zł.

Sergio wprawdzie odchodzi, ale planuje jeszcze rewolucję przed swoim odejściem. Rewolucja będzie polegać na tym, że we Włoszech przestanie się produkować tanie wozy, bo taniej jest je tłuc gdzie indziej. Tak, to oznacza dokładnie to co myślicie – przeniesienie Pandy z powrotem do Polski. Bardzo jestem ciekaw czy do tego dojdzie. Po tych wszystkich układach i dilach z włoskim rządem, po milionowych inwestycjach w fabrykę w Pomigliano, Sergio nagle myśli sobie „nie no, dobra, ale Polacy jednak są tańsi. Olejmy wszystkie dotychczasowe ustalenia i oddajmy im Pandę”. Trochę mi się to nie klei.

Podobnie jak koncepcja ograniczenia gamy Fiata do Pandy i 500 w Europie. Oba te modele są stare. 500-tka – nawet bardzo. Nie widać następców. Nie ma następcy Punto, a jego produkcja w Melfi ma się zakończyć po 14 latach. Czyżby Fiat miał być kolejnym po Fordzie producentem, który wycofa się z robienia samochodów, bo mu się to nie opłaca? Podobno trzeba „skoncentrować się na klasie premium”, tyle że w przypadku grupy Fiata jej sprzedaż jest jakaś marginalna, a 95% z niej robi Alfa Romeo. Śmiesznie brzmią zapewnienia producenta popularnego, że skoncentruje się na klasie premium i Jeepach. Czy to już są oznaki zwijania się dużych wytwórców?  Wkrótce na polu walki pozostanie tylko klasa premium i Dacia. Problem polega na tym, że produkcja samochodów jest obecnie zbyt skoncentrowana w rękach kilku gigakoncernów, które właściwie mogą zrobić co chcą, nawet jeśli jest to kompletnie idiotyczne. Nie płakałem za Saabem, ale zaszlocham cichutko za Fiatem, patrząc jak Sergio ostatnim ruchem wbija mu nóż w ekonomiczne plecy.

Już tłumaczę o co chodzi. WLTP to nowe standardy zużycia paliwa, czyli pomiary w realnych warunkach, a nie w laboratorium. Dla producentów to duży problem, bo wyjdzie na jaw, że ich samochody palą o wiele więcej niż paliły w starym cyklu NEDC, a to oznacza, że wzrośnie im sumaryczna emisja CO2. Z tego samego powodu BMW wycofało model M3 i benzynowe „siódemki”, a Audi przestało sprzedawać SUV-a SQ5. Postęp ludzkości stanął w miejscu, bo większość czasu i energii trzeba poświęcać na spełnienie norm coraz bardziej restrykcyjnego prawa obejmującego każdy fragment aktywności. Zamiast wymyślać nowe wynalazki, musimy bezustannie walczyć z prawodawcami, którzy wyznaczają nowe przepisy, najczęściej w rodzaju „w każdy trzeci czwartek miesiąca musisz mieć na sobie różowe skarpetki” i zamiast pracy, wszyscy biegają i szukają różowych skarpetek. Tak to dokładnie wygląda.

Jakiś postęp w motoryzacji w ostatnich latach? Jedyny jego przejaw to Toyota Mirai. Reszta to zwój zamiast rozwoju – coraz mniejsze silniki plus elektroniczne gadżety, albo silniki elektryczne jak w odkurzaczach. Chciałem jeszcze odnieść się do kwestii norm zużycia paliwa: bardzo jestem ciekaw z jakiej racji europejskie superpaństwo interesuje się, ile pali dany samochód. To tak, jakby zainteresować się, ile dany człowiek je. Przecież kiedy ludzie jedzą, to zużywają jedzenie, do wytworzenia którego trzeba było wyemitować jakąś ilość CO2. Poddaję pomysł UE: wprowadzić normy jedzenia dla indywidualnych osób bazujące na masie ich ciała i rozliczać ich z tego, czy faktycznie jedzą tyle ile zadeklarowali, czy więcej. A jeśli więcej, to karać.

Jest oczywiste, że producentom zależy, żeby ich samochody paliły jak najmniej, bo to jest w interesie klientów, którzy nie chcą płacić zbyt dużo za paliwo.

Ale teraz powstaje inna kwestia: kupuję samochód, który według producenta pali 6 l/100 km. Jednak przy moim stylu jazdy, głównie w warunkach miejskich, ten samochód pali 7,5 l/100 km. Dlaczego nikt tego nie kontroluje? Przecież to jawne złamanie prawa. Więcej, to jest kpina z przepisów, że producent może zadeklarować spalanie 6 l/100 km, a istnieje techniczna możliwość, żeby ta wartość została przekroczona. Samochód powinien jeździć tak, żeby nie palić nigdy powyżej 6 l/100 km, nawet jeśli wiązałoby się to z drastycznym ograniczeniem osiągów. A jeśli spala więcej, to mamy do czynienia z przestępstwem przeciwko ekologii.

Nie widzę problemu, żeby nowe samochody wyposażyć w urządzenie, przekazujące stale dane o średnim spalaniu do centralnej bazy i na przykład wtedy wyjdzie na jaw, że Jan Kowalski jeżdżący samochodem marki Y o nr rej PO 00002 (uwaga!!! DANE OSOBOWE!!!) zużywa średnio 7,5 l/100 km, podczas gdy jego samochód powinien zużywać 6 l/100 km. Z jego „rekordu” wynika, że po ostatnich 10 000 km jest o 150 l do tyłu w stosunku do normy określonej przez producenta. Czy to wina samochodu, czy kierowcy? Chyba kierowcy, bo jeśli producentowi udało się osiągnąć wynik WLTP na poziomie 6 l/100 km, to i Jan Kowalski powinien dać radę.

REKLAMA

A co to oznacza? Karę.

I to znaczną, bo producenci płacą 95 euro za każdy przekroczony gram CO2. Jeden litr paliwa to emisja ok. 2300 gramów CO2, więc z matematyki wynika, że za każde 1,5 l/100 km powyżej normy Jan Kowalski powinien zapłacić ok. 940 000 zł kary. I bardzo dobrze, wtedy odechce mu się niszczyć środowisko i będzie mógł zająć się siedzeniem w wegańskiej kawiarni dla rowerzystów, patrząc jak świat miga mu przed oczami. Więcej regulacji, więcej kar i mniej samochodów to jedyna Obiektywnie Słuszna Droga do Szczęścia (OSDS). Idę zatem przygotowywać się do RODO, WLTP i OSDS, życząc Wam MSiN (Miłej Soboty i Niedzieli) i to wszystko, zamykamy Motoblender na dziś.

REKLAMA
Najnowsze
Zobacz komentarze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA