Jazda 20-letnim francuskim kombi podczas arktycznych mrozów brzmi jak przepis na katastrofę. Nie miałem jednak innego wyboru.

Zaletą posiadania kilku samochodów jest to, że zawsze któryś jest pod ręką i gotowy do jazdy. Przynajmniej w teorii, bowiem tej zimy zostałem – nomen omen – na lodzie. Jedno auto stoi u mechanika, w drugim poddał się akumulator, a pozostałych szkoda mi ruszać przy takiej pogodzie. Musiałem więc na szybko pożyczyć kolejne od członka rodziny.
Tak w moje ręce trafiła Renault Laguna II
Zmierzając do mojego tymczasowego daily, zacząłem się zastanawiać, czemu właściwie sobie to robię. Przecież to słynna „królowa lawet” – jazda tym francuskim wozem przy -20 stopniach Celsjusza to proszenie się o kłopoty. Oczami wyobraźni widziałem już tę choinkę na desce rozdzielczej i lawinę komunikatów, którymi zostanę zasypany po wejściu do auta.
Rzeczywistość okazała się zgoła odmienna. Wsiadłem do środka, odpaliłem silnik i… po prostu pojechałem. Zero dramaturgii, bardzo mi przykro. Później wcale nie było lepiej. To znaczy, gorzej.

Trzy na tak, trzy na nie
Kilkudniowa eksploatacja Laguny II upłynęła znacznie przyjemniej, niż początkowo zakładałem, a kontrolkę „check engine” oglądałem tylko po włączeniu zapłonu. Użytkowany przeze mnie egzemplarz miał bowiem pod maską turbodoładowaną dwulitrówkę o mocy 170 KM, która zbiera pochlebne opinie i zachwyca elastycznością. Samochód z tym motorem płynnie przyspiesza od niskich obrotów i ma bardzo dobrą reakcję na gaz, czego o wielu współczesnych jednostkach, zdławionych przez downsizing i normy emisji spalin, powiedzieć się nie da.
Mimo upływu lat francuski przedstawiciel klasy średniej sprawia również pozytywne wrażenie pod względem komfortu jazdy – zarówno jeśli chodzi o wygodę foteli, jak i sposób wybierania nierówności. Nie bez znaczenia jest jednak fakt, że jeździłem dość świeżym autem, z przebiegiem raptem nieco powyżej 150 tysięcy km.

Trzeci plus należy się Lagunie za rozbudowane oświetlenie wnętrza. Znajdziemy tu nawet podświetlenie przestrzeni na nogi, a po otwarciu drzwi dodatkowa żarówka rozświetla okolicę wokół auta. Co więcej, główna lampka w podsufitce ma możliwość regulacji jasności. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz spotkałem się z tym rozwiązaniem w samochodzie.
Żeby nie było tak różowo, wady oczywiście też dostrzegłem. Najbardziej irytujące są dwie – zbyt małe lusterka oraz brak komfortowych kierunkowskazów. Trzy mignięcia przy zmianie pasa? Zapomnij. Za każdym razem trzeba przytrzymać dźwigienkę.

Do tego samo wnętrze słabo się starzeje. Nie chodzi nawet o ergonomię, która nadal pozostaje niezła, a o jakość materiałów. Mimo że „mój” egzemplarz nie jest zmęczony życiem, to i tak gumowane plastiki na kokpicie się lepią, a deska rozdzielcza spektakularnie się rozkleja.

Więc jak to w końcu jest z tą „królową lawet”?
Mam na to swoją teorię. Przede wszystkim, jeździłem samochodem w najlepszej specyfikacji – poliftowym i z benzynowym 2.0 Turbo. Gdyby to był przedlift z klekotem 1.9 dCi, moje wrażenia byłyby pewnie trochę inne.
Oprócz tego mówimy tu o modelu, którego najmłodsze sztuki zdążyły już osiągnąć pełnoletność. Dokonała się więc swoista „selekcja naturalna” i najgorsze, awaryjne egzemplarze dawno wylądowały w zgniatarce, a na drogach pozostały tylko te bardziej udane, sprawiające mniej problemów.
Przeczytaj inne materiały o Renault Laguna:







































