Wspierasz swoje dziecko w nauce jazdy? Uważaj na to, co mówisz
Przypadki, kiedy ojciec/dziadek/starszy brat (niepotrzebne skreślić) bierze sprawy w swoje ręce i uczy młodego jeździć samochodem, wyręczając w tym instruktora nauki jazdy, są powszechnie znane. Gorzej, jeżeli linie nauczania są daleko odmienne.

Czasy, kiedy jeden kursant na pierwszych zajęciach był lepiej obryty z praktyki, niż inny kursant po ukończeniu kursu, raczej już minęły. Niemniej, wciąż zdarzają się przypadki, kiedy młodzież przychodzi do szkoły jazdy, mając pojęcie znacznie większe od tego, jak otwierać i zamykać drzwi w samochodzie.
Rzecz jednak w tym, aby linie nauczania obrane przeze mnie i przykładowego mentora się ze sobą pokrywały - wtedy jest to faktycznie profit dla obu stron, a uwzględniając samozwańczego patrona, nawet trzech. Tyle, że czasami się nie pokrywają, a skręcają w przeciwne strony. W tej historii jest czyjś ojciec, który “wie lepiej” i równolegle ze mną uczył syna “po swojemu”.
Ojciec udzielał synowi praktycznych porad, które były całkowicie sprzeczne z egzaminem na prawo jazdy
Wiecie, jak to wygląda - jest sobie egzamin na prawo jazdy i jest sobie praktyczne i realne uczestnictwo w ruchu drogowym. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że oba światy nakładają się najwyżej w połowie.
Jako instruktor, zawsze staram się umiejętnie balansować na granicy tych dwóch światów, aby kursant po prostu zdał egzamin, ale aby też po prostu umiał jeździć samochodem. Niektóre zagadnienia, chociaż w przyszłości często przychodzą naturalnie, nie są mile widziane podczas jazdy egzaminacyjnej. Mącenie w głowie młodemu, który był jeszcze w trakcie szkolenia, nie pomagało zarówno mi, jak i samemu zainteresowanemu.
Będziesz zatrzymywał się na czerwonym? To wrzuć sobie na luz i niech samochód się toczy
Instruktor mówi: “Puść gaz, zostaw samochód na biegu, niech hamuje silnikiem. Jak spadną obroty, przełącz na niższy bieg i pozwól toczyć się dalej.”
Jest to jeden z ocenianych na egzaminie elementów jazdy ekonomicznej, a przy okazji też dobry nawyk.
Równolegle, ojciec mówi: “Wrzuć na luz i niech auto się toczy. Na końcu naciśnij hamulec i wrzuć dopiero bieg, jak będziesz ruszał.”
Mamy w tym momencie konflikt, bo wskazówki płynące z jednej i drugiej strony są zupełnie sprzeczne.
Obracasz kierownicą podczas parkowania? Połóż dłoń na kierownicy i kręć “na mydełko”
Instruktor mówi: “Przekładaj kierownicę z ręki do ręki, aby mieć ją cały czas pod kontrolą.”
Ojciec mówi: “Po co będziesz sobie utrudniał życie? Obracaj spodem dłoni, będzie szybciej i łatwiej.”
To jest mi nawet trudno mądrze skomentować. Pomijając, że taka technika jazdy od razu dyskwalifikuje kursanta, to w dodatku jest idiotycznym nawykiem na przyszłość.
Jedziesz główną drogą, która zmienia kierunek? A po co Ci kierunkowskazy?
Instruktor mówi: “Nieważne, jak prowadzi droga z pierwszeństwem, definicja zmiany kierunku jazdy nie zmienia się.”
Ojciec mówi: “Nie wrzucaj kierunkowskazu, jak jedziesz główną. To bez sensu.”
Znowu mamy całkowitą sprzeczność, gdzie jedna strona mówi A, druga zaś mówi B. Pomijam już fakt, że interpretacja ojca jest po prostu błędna, przez co później dochodzi do problematycznych sytuacji w ruchu drogowym. To już jednak inna kwestia.
Kursant jest skołowany, bo z dwóch stron dostaje sprzeczne komunikaty
Dochodzimy do sedna problemu, czyli ustalenia hierarchii, który z nas jest dla młodego większym autorytetem: instruktor nauki jazdy czy rodzony ojciec. Za jednym stoi legitymacja służbowa, za drugim 30 lat doświadczenia za kierownicą.
O tym, że takie dwubiegunowe nauczanie miało miejsce, wiem od samego kursanta. Podczas zajęć wielokrotnie wspominał w odniesieniu do różnych wskazówek, że “a bo mój tata powiedział…”.
Nie zawsze nabyte przez kilka dekad jeżdżenia autem praktyczne nawyki są zgodne z kryteriami oceny na egzaminie praktycznym
Oddzielna kwestia to słuszność owych nawyków sama w sobie, ale tę kwestię pozostawmy na razie niedopowiedzianą, bo to temat na oddzielne opracowanie.
Pointą zaś jest to, że kiedy już pomagasz swojemu dziecku dokształcać się ze sztuki prowadzenia samochodu, nie rób tego “po swojemu”.



















