Stellantis wydłuża gwarancję do 8 lat. Chińczyka pominęli
Stellantis obiecuje polskim kierowcom spokojną głowę na osiem lat albo 160 000 kilometrów – w zależności od tego, co skończy się pierwsze. Tylko jedna marka z portfolio zostaje z gwarancją z poprzedniej epoki. Zgadnijcie która.

Czytałem komunikat prasowy Stellantis tak długo, że w końcu znalazłem to, czego szukałem – mały przypis na końcu, przez który cała pozytywna wiadomość traci trochę uroku. Ale po kolei.
Stellantis Polska ogłosił nowy program gwarancji specjalnej: do ośmiu lat albo 160 000 kilometrów. I to bez dodatkowej opłaty. Trzeba tylko serwisować auto w ASO zgodnie z harmonogramem, co i tak jest warunkiem utrzymania gwarancji podstawowej. Ochrona ma się doładowywać automatycznie po każdym przeglądzie, jak karta miejska, tylko że zamiast przejazdu autobusem dostajemy bezpłatną naprawę skrzyni biegów.
Ty i Ty, i Ty, ale Ty to nie
Program obejmuje marki Abarth, Alfa Romeo, Citroën, DS Automobiles, FIAT, FIAT Professional, Jeep, Opel i Peugeot, a jego ochrona dzieli się na dwa poziomy. Standard obejmuje typowe marki masowe, a premium – zarezerwowany dla Alfy Romeo i DS – dorzuca jeszcze dodatkową gwarancję na system multimedialny oraz pomoc drogową i auto zastępcze (wiadomo, do Alfy się przyda).
Brzmi jak realny gest w stronę klientów, którzy przez lata czytali newsy o silnikach 1.2 PureTech gubiących pasek rozrządu z taką regularnością, że dawno przestało to kogokolwiek dziwić. Stellantis w końcu zrozumiał, że słowo „zaufanie” trzeba czymś podeprzeć, najlepiej papierem z pieczątką autoryzowanego serwisu. Koncern przekonuje klientów, że ufa swoim samochodom przez osiem lat. Tylko nie wszystkim.

Żeby nie było zbyt kolorowo, na dole komunikatu (czyli tam, gdzie większość i tak nie dotrze) czeka mały odnośnik, wielkości nieomal niewidocznej dla oka, który mówi wprost: nie dotyczy marki Leapmotor. Wymowne, prawda? Cała reszta rodziny dostaje osiem lat spokoju, a chiński krewny dostaje osobne miejsce w kącie z podstawową, dwuletnią gwarancją – jak dalszy kuzyn, którego nikt nie chciał zaprosić na wesele, ale wypadało chociaż dać mu talerz zupy.
Leapmotor formalnie jest częścią rodziny Stellantis, tylko że rodzina to w tym wypadku dość luźne określenie. Koncern ma w chińskim producencie nieco ponad 20 proc. udziałów. Europejską sprzedażą i produkcją zajmuje się natomiast osobna spółka Leapmotor International, w której Stellantis dzieli się z Leapmotorem udziałami w stosunku 51 do 49 proc. Innymi słowy – to bardziej wspólny biznes niż rodzina, a wszyscy wiemy, że przy takich układach biznesowych nikt nie lubi podpisywać się pod cudzą gwarancją.
Przypadek? Nie sądzę
O tym, że to nie jest polska fanaberia, świadczy fakt, że we Francji, gdzie podobny program ruszył już w czerwcu ubiegłego roku, dyrektor tamtejszego oddziału Stellantis przy okazji ogłoszenia przyznał wprost, że gwarancja „nie jest proponowana dla Leapmotora, ale grupa nad tym pracuje”. Czyli już rok temu wiedzieli, że będzie problem, i do dziś nad nim „pracują”. W tym tempie Leapmotor doczeka się ośmioletniej gwarancji mniej więcej wtedy, gdy PureTech doczeka się dobrej opinii.
Gwarancja specjalna przenosi się na kolejnego właściciela, o ile ten dalej będzie serwisował auto w sieci autoryzowanej. To realny argument przy odsprzedaży – klient kupujący używanego Peugeota czy Fiata dostaje w pakiecie spokój, którego przy Leapmotorze po prostu nie ma i wygląda na to, że nieprędko będzie.
Oficjalnego wytłumaczenia oczywiście nie dostaniemy, więc zostaje zgadywanie. Można postawić na skomplikowaną strukturę własnościową, przez którą nikt nie wie, kto właściwie ma zapłacić za naprawę silnika. A może po prostu nikt w Amsterdamie nie chce brać odpowiedzialności za auto, które projektowano w Hangzhou, budowano częściowo w Europie, a instrukcję serwisową ktoś przepuścił przez Tłumacza Google. Obie teorie brzmią równie prawdopodobnie.
Używki będzie trudniej sprzedać
Dla klientów, którzy kupili T03, B10 czy C10 – a tych w Polsce z miesiąca na miesiąc przybywa – to raczej gorzka pigułka. Zwłaszcza że marka mocno rozpycha się łokciami: niedawno do gamy dołączył B05, w drodze jest też mniejszy SUV, a każdy nowy model reklamowany jest jako kolejny cios w konkurencję. Szkoda, że przy okazji nikt nie reklamuje gwarancji porównywalnej do reszty stajni. Dla marki stawiającej pierwsze kroki na rynku wtórnym to akurat fatalny moment na taką dziurę w ofercie.

Paradoks polega na tym, że Stellantis od miesięcy zachęca Europejczyków do kupowania Leapmotorów, a jednocześnie jako jedyną markę wyłącza je z programu, który ma budować zaufanie do jakości. Bez wyjaśnienia powodów taka decyzja będzie rodzić pytania – i trudno się temu dziwić.
Z drugiej strony Leapmotor – w przeciwieństwie do niejednego europejskiego kuzyna – nie ma jeszcze na koncie serii akcji serwisowych i pozwów zbiorowych.
Może to właśnie Stellantis powinien się bardziej martwić, że Leapmotorowi bliżej jest do ośmiu lat bezawaryjnej jazdy niż niejednemu silnikowi znad Sekwany.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.