Ferrari Luce idzie jak ciepłe bułeczki. Szach-mat, malkontenci
Internet zmieszał Ferrari Luce z błotem, a chińska elita kupiła wszystkie 88 sztuk, zanim ktokolwiek zdążył dopowiedzieć, że to elektryk bez V8. Cena? Równowartość kilkunastu mieszkań. I nikt nie mrugnął okiem.

Kiedy tylko Luce ujrzało światło dzienne, moją pierwszą myślą było to, że z miejsca stanie się kolekcjonerskie – z jednej strony przez napęd, z drugiej przez wygląd, ale z trzeciej przez całe to oburzenie motoryzacyjnego świata. Bo to jeden z tych samochodów, który ludzie najpierw wyśmieją, a potem ustawią się po niego w kolejce.
Pierwszy w pełni elektryczny model marki zadebiutował w Szanghaju w piątek 26 czerwca w cenie 3 988 000 juanów, czyli około 586 600 dolarów. Wszystkie 88 egzemplarzy przeznaczonych na rynek chiński rozeszło się natychmiast. Zero zaskoczenia.
Nieważne, jak mówią
Zanim auto trafiło do salonów, internet zdążył je obsmarować ze wszystkich stron. Padały porównania do Nissana Leafa, do Fiata Multipli, a chiński internet znalazł jeszcze kreatywniejsze epitety. My zresztą też się bawiliśmy w szukanie brzydszych aut i trzeba było jechać aż do Chin, żeby coś znaleźć. Akcje Ferrari po premierze spadły o ponad 6 proc. w jeden dzień.

Reakcja zarządu była proporcjonalna, chociaż nie jestem pewien, czy nie przedwczesna. Po latach pracy poleciał wieloletni szef marketingu Enrico Galliera, a jego miejsce zajął były prezes BMW Italia. Można powiedzieć, że Ferrari potraktowało własnego dyrektora tak, jak komentatorzy potraktowali Luce. Tylko że komentarze komentarzami, a sprzedaż – jak widać – pozostała niewzruszona.
Świat stanął na głowie
I elektryczne Ferrari jest tylko jednym z dowodów. Drugim jest to, że w Chinach cena okazała się niższa niż w Europie. Na Starym Kontynencie Luce startuje od 550 000 euro. W Państwie Środka wyszło o jakieś 7 proc. taniej, bo licznik zatrzymał się na 3 988 000 juanów, czyli równowartości około 516 000 euro.
Brzmi absurdalnie, bo zwykle to właśnie w Chinach luksusowe spalinówki obrastają w cła i podatki jak choinka w bombki, z kolei my dopłacamy do ich marek. Dla porównania bazowe Ferrari Amalfi po chińskich daninach dobija do 2 598 500 juanów, czyli mniej więcej 337 000 euro. Luce, jako elektryk, omija jednak podatek od dużej pojemności silnika, bo w jego przypadku „pojemność” dotyczy tylko baterii.
A co dostają ci, którzy zapłacą? Pod nadwoziem siedzi architektura 800 V, akumulator o pojemności 122 kWh i cztery silniki elektryczne, po jednym na koło, o łącznej mocy około 1050 KM. Setka pojawia się w 2,5 sekundy, prędkość maksymalna przekracza 310 km/h, a zasięg według WLTP sięga 530 km.

Na papierze hipersamochód. W praktyce auto, które waży 2260 kilogramów i wygląda jak tablet, który zjadł vana i dostał niestrawności. Wnętrze uratowały prawdziwe przyciski i pokrętła z aluminium oraz ekrany OLED udające klasyczne zegary z lat 60. Bo skoro już ma być elektrycznie, to chociaż niech wygląda samochodowo.
Logiki tu nie szukajcie
Za te same pieniądze Chińczyk mógłby kupić Yangwanga U9 i jeszcze zostałoby mu na drugiego. Lokalny elektryczny rywal też ma układ czteromotorowy, ale o mocy 1287 KM, czyli mniej więcej 250 KM więcej niż Luce. Do setki rozpędza się w 2,36 sekundy wobec deklarowanych 2,5 sekundy u Ferrari. Cena U9? Nieco ponad 229 000 euro.
Nie trzeba nawet szukać w Chinach, żeby znaleźć tańszych i szybszych rywali: elektryczne Audi RS e-tron GT robi te same 2,5 sekundy za jakieś 181 000 euro, czyli ponad trzy razy taniej niż Luce. Innymi słowy: za jedno Ferrari stoją na podjeździe dwa szybsze auta i zostaje jeszcze reszta na tankowanie prądem.
Tyle że 88 chińskich nabywców nie siedziało z kalkulatorem, przeliczając kilowaty na juany. Bo Ferrari już dawno nie sprzedaje osiągów. Ferrari sprzedaje ekskluzywność. Luce to nie rywal dla rodzimych elektryków, tylko dla jachtów, zegarków i innych obrzydliwie drogich gadżetów, których główny cel to poinformowanie całego świata, że właściciel brzydzi się skromnością.
Sama liczba 88 nie jest zresztą przypadkiem. To nie partia produkcyjna, tylko lista gości na kolacji w najdroższym lokalu w mieście. W chińskiej kulturze ósemka oznacza bogactwo. Marketingowo zagranie idealne.
Sprzedaż na wspomaganiu
Po drodze pojawiła się jeszcze pikantna plotka. Według doniesień Bloomberga Ferrari miało „zachęcać” klientów do kupna Luce, uzależniając od tego ich miejsce w kolejce po topowe, limitowane modele w przyszłości. Brzmi jak najdroższy bilet do kolejki w historii.
Galliera, jeszcze przed zwolnieniem, stanowczo temu zaprzeczył, stwierdzając, że Luce od początku było pomyślane dla innej grupy odbiorców. Czy to prawda, okaże się, gdy ci sami nabywcy nagle dostaną przyspieszony dostęp do kolejnego hipersamochodu. A marka ma czym kusić: w urzędzie patentowym wypatrzono już dziesięć nazw nadchodzących zabawek z Maranello.
Chińscy bogacze nadal chcą symbolu statusu, choć powoli zerkają w stronę rodzimych marek. Nawet najlepsze osiągi na świecie nadal przegrywają jednak z logiem na masce. A Ferrari – mimo całego hejtu i śmieszkowania – znów udowodniło rzecz znaną od stuleci: prestiż sprzedaje się sam, nawet jeśli wygląda jak Multipla i jeździ na prąd.
88 cierpliwych ludzi w Chinach właśnie zapłaciło cztery miliony juanów za plakietkę z napisem: Stać mnie.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.