Ten "wyścig" to przepisowy żart. Problem: nikt się nie śmieje
Dwóch kierowców w Bydgoszczy zatrzymało się na środku ulicy, pogadali przez uchylone okno i ruszyli. Cztery miesiące później policji udało się wreszcie namierzyć właścicieli aut i na tym śledztwo utknęło. Nowiutki paragraf o wyścigach zaliczył glebę na pierwszym zakręcie.

Mamy pierwsze w Polsce śledztwo w sprawie nielegalnego wyścigu. Pierwsze i od razu rozjechane na samym starcie. Bo nie wiadomo, kto się rzekomo ścigał. Spore wątpliwości budzi sam fakt „ścigania”, ale tutaj nasi dzielni śledczy problemu nie widzą. Głównym dowodem w sprawie ma być uchylone okno.
Wyścig czy nie wyścig
Czym jest wyścig? Wikipedia mówi, że to „szybkościowa konkurencja sportowa, w której, według ustalonych zasad, trzeba zwykle pokonać określoną trasę w jak najkrótszym czasie bądź w określonym czasie jak największy dystans”. Według PWN są to „zawody, podczas których każdy z zawodników stara się przebyć określoną trasę w jak najkrótszym czasie”. I tak mniej więcej działa to od czasów rydwanów.
A tu? Dwa samochody najpierw się zatrzymują, potem ruszają, rozpędzają się, za rondem znowu stają obok siebie i znowu ruszają. Jeśli to jest wyścig, to każde ruszanie spod świateł na Marszałkowskiej, gdzie taksówkarz chce wyprzedzić dostawczaka, też nim jest.
Rozumiem intencję – nie trzeba wielkiego trudu, żeby uznać widoczną na filmie jazdę za głupią i niebezpieczną. Ale „głupia i niebezpieczna” to nie to samo co „wyścig”. A różnica nie jest kosmetyczna, bo od niej zależy, czy w ogóle da się kogokolwiek skazać. I z którego paragrafu.
Uchylone okno tłumaczy wszystko. Albo nic
Najlepszy w całej sprawie jest ten dowód koronny, czyli otwarte okno u kierowcy mercedesa. W policyjno-medialnej narracji ma to znaczyć, że kierowcy „coś ustalali” – zapewne zasady wyścigu, sygnał startu, może stawkę.
I tak sobie myślę, ile razy otwierałem okno na światłach. Bo dusznica. Bo znajomy na sąsiednim pasie. Bo papieros (oczywiście tylko na postoju). Bo chciałem komuś podziękować, że mnie wpuścił, albo „podziękować”, że tego nie zrobił. Uchylone okno świadczy o wyścigu tak samo, jak wrzucony kierunkowskaz świadczy o zamiarze napadu na bank.
Z tego okna da się wysnuć dosłownie wszystko i dokładnie nic. To nie dowód, to plama Rorschacha – każdy widzi to, co chce zobaczyć.
Nieustające pasmo sukcesów
Przejdźmy do bilansu tej całej operacji. Bydgoska policja prowadzi postępowanie w kierunku art. 178c Kodeksu karnego. Zwróciła się nawet o pomoc prawną do warszawskiej centrali. Po czterech miesiącach efekt jest taki, że ustalono… właścicieli obu pojazdów (tak donosi portal brd24.pl). Cztery miesiące, żeby sprawdzić blachę i przypisane do niej nazwisko. Podkreślam tu słowo „właścicieli”, bo nadal tajemnicą owiane jest to, kto siedział za kierownicą.
Ot, takie sobie przepchnęliśmy prawo. Żeby kogoś skazać za przestępstwo, trzeba wskazać konkretnego człowieka za kierownicą. Z nagrania z cudzej kamerki, gdzie twarzy nie widać, tego się po prostu nie da zrobić. Właściciel wzrusza ramionami i mówi, że nie pamięta, komu pożyczył auto. A wadliwej pamięci przecież nie przymusi do działania przepisem.
Problem znany od dekad
Mechanizm jest stary i znany do bólu. Przy fotoradarach działa identycznie: urządzenie łapie auto, nie kierowcę. Organ wysyła wezwanie do wskazania, kto prowadził, a właściciel może zasłonić się prawem do nieobciążania samego siebie. Za milczenie grozi grzywna z art. 96 § 3 Kodeksu wykroczeń, owszem – ale samo wykroczenie prędkościowe często się w tym czasie przedawnia.

O zmianę tego przepisu apelował już m.in. Rzecznik Praw Obywatelskich, a sam artykuł badał już Trybunał Konstytucyjny. Dekada z hakiem sporów, a kierowcy dalej podają zmyślone nazwiska i rozkładają ręce.
Nowy paragraf o wyścigach wpadł dokładnie w tę samą dziurę. Tyle że z jeszcze wyższą poprzeczką, bo przestępstwo trzeba udowodnić mocniej niż wykroczenie.
Nowe prawo, stara niemoc
Tu dochodzę do wątpliwości, która gryzie mnie od początku. Zanim ustawodawca wymyślił osobne przestępstwo „nielegalnego wyścigu”, głupia i niebezpieczna jazda była już karalna. Zawsze była. Nadmierna prędkość, niezachowanie ostrożności, stworzenie zagrożenia w ruchu – to wszystko od dawna siedzi w taryfikatorze i w Kodeksie wykroczeń.
Co więcej, w tej samej nowelizacji z grudnia 2025 r. ustawodawca dołożył art. 178d – przestępstwo dla kierowcy, który rażąco przekracza prędkość i rażąco łamie inne zasady, narażając człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo. Od trzech miesięcy do pięciu lat, a zatem widełki te same co przy wyścigu.
Mamy więc dwa świeże narzędzia na to samo zjawisko. Tyle że „wyścig” wymaga udowodnienia rywalizacji dwóch kierowców i zamiaru pokonania odcinka w jak najkrótszym czasie – czyli grzebania w cudzych głowach. A „rażąca prędkość” plus „zagrożenie” wymaga zmierzenia prędkości i pokazania, że komuś groziło niebezpieczeństwo. Jedno z tego jest policzalne. Drugie to czysta uznaniowość.

W praktyce prokurator musi udowodnić, że dwóch obcych ludzi zawarło niemy pakt o ściganiu się. Bez nagrania z twarzami, bez zeznań, bez przyznania. Prościej byłoby zmierzyć, o ile przekroczyli prędkość, i ukarać za to, co widać, a nie za to, co się komuś wydaje.
Więcej paragrafów, mniej skazań
To dobrze nam wszystkim znany nawyk naszych rządzących: gdy coś budzi emocje, dorabia się nowy, chwytliwy paragraf zamiast egzekwować te, które już są. Efekt bywa odwrotny do zamierzonego. Jak chociażby w przypadku driftu z Legnicy: przepis jest, tylko na nagraniu ledwo widać przewinienie i ani śladu rzekomo zagrożonych przechodniów, którymi uzasadniano całą surowość.
Podobnie było w Gdańsku, gdzie na legalny, biletowany zlot rzucono dwustu policjantów, żeby rozbić groźną szajkę uczestników spotkań motoryzacyjnych. Nowe przepisy dały podkładkę, na podstawie której wytaczamy armaty, żeby strzelać do wróbli.
Im węższy i bardziej wyspecjalizowany paragraf, tym łatwiej sprawcy się z niego wywinąć. Przepis ogólny jest nudny, za to działa. Wyścig brzmi groźnie w komunikacie prasowym, ale kończy się tam, gdzie skończył się w Bydgoszczy: na ustaleniu, czyje są auta.
Na koniec zostajemy z surowymi liczbami: dwa samochody na jezdni, jedno uchylone okno, cztery miesiące pracy aparatu ścigania i zapewne kilkadziesiąt tysięcy kosztów po stronie podatnika. A wszystko dzięki nowiutkiemu paragrafowi, którego nie da się domknąć.
Może zamiast wymyślać przestępstwo pod konkretne nagranie, warto najpierw ustalić, kto w ogóle prowadził. Bo bez tego nawet najsurowszy przepis to tylko efektownie opakowana bezradność.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.