Groźna szajka oglądaczy aut rozbita w Gdańsku. 200 policjantów wkroczyło do akcji

Dwustu mundurowych, 135 skontrolowanych aut, 199 wylegitymowanych osób – i wszystko to, by ustalić, że ktoś przyjechał na największy zlot motoryzacyjny w Polsce. Pomorska Policja chwali się akcją, która brzmi jak opis stanu wyjątkowego.

Groźna szajka oglądaczy aut rozbita w Gdańsku. 200 policjantów wkroczyło do akcji

Wchodzę w internety i czytam: ponad 200 policjantów prewencji, ruchu drogowego i kryminalnych rzucono na dwie gdańskie ulice. Brzmi jak obława na zorganizowaną grupę przestępczą albo przynajmniej akcja antyterrorystyczna. A potem okazuje się, że powodem tej mobilizacji jest impreza, na którą ludzie kupili bilety, żeby pooglądać wypucowane auta przy stadionie.

Bo wieczorem z 26 na 27 czerwca dyżurny dostał zgłoszenie, że na Grunwaldzkiej i Złotej Karczmie w Gdańsku „doszło do spotkań motoryzacyjnych”.

Spotkań.

Motoryzacyjnych.

Ostatni raz tak groźnie brzmiało zaproszenie na urodziny cioci.

Co to w ogóle jest to całe Ultrace

Zanim ktoś dostanie zawału, że hordy bandytów najechały Gdańsk, spieszę z krótkim wyjaśnieniem: Ultrace to nie jest zlot spod Żabki, gdzie chłopaki porównują, czyj wydech głośniej strzela. To największa motoryzacyjna impreza tego typu w Polsce, która po piętnastu latach przeniosła się z Wrocławia do Gdańska. W tym roku odbywała się w weekend 27–28 czerwca.

Skala? Około tysiąca ręcznie wyselekcjonowanych aut z całej Europy – i nie, nie wjeżdża tu każdy, kto przykręcił felgi z OLX-a. Auta przechodzą selekcję: liczy się charakter projektu, historia, design. To galerIa nowoczesnej sztuki użytkowej na kołach. Wrocławska edycja 2025 przyciągnęła prawie 35 tys. odwiedzających, a Gdańsk ma ambicję to przebić. Do tego pokazy driftu, panele, nocne Night Experience. Słowem – motoryzacyjny festiwal, na który zjeżdża pół kontynentu.

Policja najwyraźniej uznała, że pod taką zabawą to się nie podpisze.

Powalający bilans

Przejdźmy do efektów tej gigantycznej operacji, bo te są co najmniej zastanawiające. Skontrolowano 135 aut, wylegitymowano 199 osób. A na koniec? Zatrzymano dwie osoby – jedna miała narkotyki, druga była poszukiwana i miała kradzione dokumenty. Do tego kilka mandatów i trzy zatrzymane dowody rejestracyjne.

Dwustu policjantów na dwie osob z prawie dwustu wylegitymowanych. To skuteczność na poziomie 1 procenta. Gdyby moja wędka miała taki współczynnik trafień, dawno wróciłbym do oglądania ryb w akwarium.

I żeby nikt się nie doczepił – złapanie kogoś z narkotykami za kółkiem czy poszukiwanego to dobra robota. Tylko że do tego nie trzeba dwustu mundurowych i komunikatu w tonie raportu z linii frontu, który opakowano w język wielkiego zwycięstwa.

Policja ma podkładkę

Od 29 stycznia 2026 roku obowiązują zaostrzone przepisy wymierzone w nielegalne wyścigi i dzikie zloty. Teraz karany może być nie tylko ścigający się czy organizator, ale też – uwaga – „umyślny kibic”. Za udział w nielegalnym zlocie, w roli prezentującego auto albo zwykłego widza, przewidziano grzywnę. Każde spotkanie powyżej dziesięciu pojazdów trzeba też wcześniej zgłosić gminie, inaczej z automatu jest nielegalne.

I tu pojawia się pytanie, które samo się uprasza o odpowiedź. Skoro problemem jest, że „obecność tylu użytkowników sportowych samochodów” ma związek z jedną imprezą – to gdyby ci sami ludzie przyjechali na dziesięć mniejszych zlotów rozsianych po mieście albo po skrajnych rogach parkingu, byłoby już w porządku? Te same auta, te same osoby, tylko podzielone na porcje. Nagle żaden dyżurny nie dostaje palpitacji?

Bo to trochę tak, jakby policja ogłaszała sukces za skierowanie dwustu funkcjonariuszy na mecz, a potem dziwiła się, że pod stadionem są… kibice. Ultrace to wydarzenie biletowane, oficjalne, z rekomendowanymi parkingami i godzinami otwarcia bram. Tłum aut nie jest skutkiem ubocznym patologii – jest dowodem na to, że impreza się udała.

W świetle nowych przepisów stanie w tłumie na niezgłoszonym nocnym zlocie faktycznie może się skończyć mandatem – nawet jeśli tylko gapisz się z rękami w kieszeniach. Tyle że i tak zostaje kwestia tego, jak policjant na ulicy ma odróżnić „umyślnego kibica” od człowieka, który akurat wracał Grunwaldzką z pracy i utknął w korku z gapiów.

Zagrożenie dla uczestników ruchu

Najlepszy jest ten fragment komunikatu, w którym policja deklaruje brak „przyzwolenia na takie zachowania jak nielegalne wyścigi” i „stwarzanie zagrożenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym”. Pełna zgoda – nielegalne wyścigi to realny problem i nie będę ich tutaj bronił.

Warto przy okazji rozplątać dwie rzeczy: w Gdańsku miały miejsce dwie osobne akcje policji. Pierwsza – ta z dwustoma mundurowymi – ruszyła po zgłoszeniu z nocy z piątku na sobotę i dotyczyła al. Grunwaldzkiej oraz rejonu Złotej Karczmy. Druga, opisywana przez lokalne media, to reakcja na nocne wyścigi rozsiane po całym Trójmieście. I tu bilans wyglądał inaczej: 36 skontrolowanych aut, jeden nietrzeźwy kierowca, kilkanaście mandatów i jedna sprawa do sądu za drift. Czyli tam, gdzie naprawdę ścigano się po nocy, sił rzucono mniej niż na „spotkanie motoryzacyjne” pod stadionem. Logika godna oklasków.

A przecież wszyscy wiemy, że lwia część z tych „dzikich zlotów” to po prostu ludzie, którzy stanęli autem na parkingu i pokazują je innym. I tu chciałbym się dowiedzieć: czy zaparkowanie wypieszczonego auta i pogadanie o nim z drugim pasjonatem to według prawa już „zagrożenie w ruchu drogowym”? Bo jeśli tak, to każdy plac przed centrum handlowym w sobotnie popołudnie jest strefą podwyższonego ryzyka.

Problem w tym, że komunikat (a więc – jak można się domyślać – również policja) wrzuca wszystko do jednego worka. Wariat palący w środku nocy gumę na rondzie ląduje w tym samym zdaniu co facet, który przyjechał obejrzeć Nissana Skyline na parkingu. A to nie to samo. Pierwszego trzeba ścigać. Drugi po prostu lubi samochody.

Zlot

Z jednej strony legalne, biletowane Ultrace pod stadionem, zgłoszone, z parkingami i godzinami otwarcia – impreza, na którą zjeżdża pół Europy. Z drugiej nocne wyścigi po Grunwaldzkiej, Armii Krajowej i parkingu pod Halą Olivia, gdzie naprawdę jest hałas i palą się gumy. Pierwsze to wydarzenie kulturalne. Drugie to wykroczenie. Wrzucanie obu do jednego komunikatu jest wygodne – ale uczciwe nie jest.

Droga to nie tor – parking to nie miejsce zbrodni

„Droga publiczna nie może być torem wyścigowym” – kończy policja i ma rację. Ma absolutną rację. Tylko że między torem wyścigowym a parkingiem pełnym ludzi oglądających auta, ojców z dziećmi, gapiów chcących wypełnić czymś popołudnie czy wreszcie przypadkowych przechodniów jest jednak ogromna różnica, której ten komunikat zdaje się nie zauważać.

Finalnie zostaje obrazek: dwustu policjantów, karabinowy ton komunikatu i bilans na poziomie „nalotu” na powiatowy festyn. Jeśli to ma być wzór reagowania na każdą większą imprezę z silnikami w tle, to życzę powodzenia przy najbliższym zlocie food trucków. Tam to dopiero leje się olej.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.