Mercedes zastawił pół salonu w pół roku. I to nie jest ich ostatnie słowo

Mercedes obiecywał „największy program premier w historii firmy” i faktycznie – do połowy roku wysypał modele hurtem. Tyle że auta, na które naprawdę warto poczekać, wciąż są schowane pod płachtami w magazynie. I to one są ciekawe.

Mercedes zastawił pół salonu w pół roku. I to nie jest ich ostatnie słowo

Zacznijmy od rachunku sumienia, bo Mercedes ma powody do nerwów. W zeszłym roku aut sprzedaż aut z gwiazdą spadła o 9 proc., do 1 800 800 aut. Taki wynik w tym biznesie to nie wpadka, tylko alarm. Odpowiedź? Zasypać rynek nowościami, aż ktoś w końcu coś kupi.

I trzeba przyznać, w pierwszym półroczu poszło sprawnie. Dostaliśmy odświeżoną klasę S z zaskakującym powrotem nowego V8 pod maską i elektryczną klasę C, która ze swoją benzynową imienniczką dzieli już właściwie tylko nazwę. Do tego doszło kompletnie odjechane, w pełni elektryczne AMG GT 4-Door Coupe, gdzie topowa wersja wyciska 1169 KM i rozpędza się do setki w dwie sekundy z hakiem.

AMG przypomniało też, że nadal umie w spalinowe: GLE 63 S i GLS 63 wróciły na ośmiu cylindrach, a GLC 53 dostał zmodernizowaną rzędową szóstkę zamiast tej pokracznej czterocylindrowej hybrydy. Na koniec elektryczny, luksusowy van VLE za 400 tysięcy zł. Sporo. A to była tylko rozgrzewka.

Bo najciekawsze Mercedes wciąż trzyma pod kocem. I zanim rok się skończy, powinniśmy zobaczyć jeszcze co najmniej trzy rzeczy: lifting spalinowej klasy C, nową generację GLA oraz poprawione CLE 63. To o nich pogadajmy dłużej.

CLE 63, czyli V8 wraca i to w trybie „proszę nie dotykać”

Zacznę od tej, na którą sam czekam najbardziej. Po tym, jak Mercedes najpierw obraził fanów czterocylindrową hybrydą w C63, teraz odwraca się na pięcie i wsadza do CLE prawdziwe twin-turbo V8. Będą dwie wersje: zwykła produkcyjna CLE 63 oraz limitowany potwór z serii Mythos, który według dealerów ma generować 646 KM. To o 203 KM więcej niż CLE 53 – różnica wielkości osobnego silnika.

Topowa wersja Mythos powstanie w liczbie 30 egzemplarzy na cały świat. I – w życiu byście nie zgadli – wszystkie są już wyprzedane, zanim ktokolwiek z nas w ogóle zobaczył auto na oczy. Mythos nie jest dla ciebie ani dla mnie. Mythos jest dla klienta, który dostaje telefon, zanim reszta świata dowie się, że coś takiego w ogóle istnieje. Premiera ma nastąpić w drugiej połowie roku, więc teoretycznie w każdej chwili od teraz.

Jednym zdaniem: najlepszy Mercedes tego roku to auto, którego 99,99 proc. ludzi nigdy nie kupi, nie dotknie i nie usłyszy. Ale przynajmniej możemy poczytać, jak brzmi.

GLA, czyli najważniejsze auto, o którym nikt nie mówi

A teraz coś zupełnie z drugiego końca stołu. Nowe GLA nie będzie miało 646 KM ani serii limitowanej. Za to z perspektywy sprzedażowej może być najważniejszą premierą całego roku dla Mercedesa. To auto, które realnie ląduje na podjeździe, a nie na okładce.

Nowa generacja przeskakuje na platformę MMA – tę samą co CLA i nowy GLB. Najpierw ma się pojawić wersja elektryczna, a benzynowa miękka hybryda dołączy dopiero wiosną 2027 roku. Elektryk dostanie architekturę 800 V, akumulator 85 kWh i według zapowiedzi ponad 600 km zasięgu WLTP w mocniejszych odmianach. Wersja podstawowa to jakieś 268 KM na tylną oś, a dwusilnikowa dobija w okolice 350 KM.

Premiery można się spodziewać w najbliższych miesiącach – możliwe, że już w październiku na salonie w Paryżu. Sprzedaż ruszy pod koniec roku albo na początku 2027. Innymi słowy: podczas gdy internet będzie się ślinił nad 30 sztukami Mythosa, to właśnie ta „niepozorna” GLA zapłaci rachunki w Stuttgarcie.

Klasa G się rozmnaża. Cabrio i maluch

Została jeszcze najbardziej absurdalna część oferty, czyli pączkująca rodzina Klasy G. Po pierwsze, wraca Cabriolet – odmiana, którą wycofano w 2013 roku. Tym razem dostanie traktowanie AMG i benzynowe V8, a według dealerów produkcja ruszy w trzecim kwartale 2027 roku, ze sprzedażą w USA rok później. Czyli w tym roku najwyżej się pokaże, a na kluczyki klienci poczekają latami. Klasyka gatunku.

Po drugie, szykuje się mniejsza klasa g, pisana małą literą, bo widocznie ktoś w Mercedesie uznał, że to genialny pomysł na odróżnienie modeli. Co ciekawe, koncern chciał ją początkowo sprzedawać wyłącznie jako elektryka, ale amerykańscy dealerzy powiedzieli „nie” i marka się ugięła.

Teraz „mała gelenda” ma dostać hybrydę i być może wariant spalinowy. Rynek zweryfikował marzenia o elektrycznej terenówce szybciej, niż zdążyły wyschnąć slajdy z prezentacji.

Nadal nie zmienia się natomiast to, że nikomu ta cała Klasa G do niczego nie jest potrzebna. A mimo to i tak sprzedaje się jak świeże bułeczki. W 2025 sprzedaż wzrosła o 23 proc., do 49 700 sztuk, co jest rekordem w historii modelu. Tańsza wersja to po prostu maszynka do robienia pieniędzy podłączona do prądu i benzyny naraz.

Zanim rok się skończy, może pokazać się jeszcze lifting AMG S63, żeby domknąć gamę Klasy S. Na nowe AMG GT Black Series bym jednak nie liczył – to raczej temat na 2027 rok.

Podsumowując, Mercedes w pierwszym półroczu zrobił wielkie „patrzcie, ile potrafię”. Ale to, co naprawdę warte uwagi, dopiero się szykuje. I – jak zwykle w tej branży – najciekawsze rzeczy albo są już wyprzedane, albo trafią do nas za dwa lata. Reszta kupi GLA i będzie zadowolona. I dobrze.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.