REKLAMA

Wyliczyli korzyści z „Made in Europe”. Polsce może przypaść 2,1 mld euro

Zaledwie kilka dni temu brukselska organizacja Transport & Environment skutecznie podniosła wszystkim ciśnienie, proponując 15-litrowe baki w hybrydach. Teraz ta sama organizacja ogłosiła, że Polska będzie drugim największym wygranym unijnej reformy aut firmowych. I takie liczby od razu czyta się przyjemniej.

Wyliczyli korzyści z „Made in Europe”. Polsce może przypaść 2,1 mld euro
REKLAMA

Nie dalej jak przedwczoraj opisywałem brukselski pomysł 15-litrowego baku dla hybryd plug-in i nazwałem go leczeniem kataru gilotyną. Kilka dni później ta sama brukselska organizacja wypuściła dokument, w którym Polska wychodzi na drugiego największego wygranego w Unii: 2,1 mld euro wartości dodanej w 2030 r., 38 500 etatów i 4,1 mld euro inwestycji w latach 2026–2030. Czyli więcej niż Francja i Hiszpania razem wzięte. Jest tu jednak pewne „ale”, a nawet kilka.

REKLAMA

Postulat to nie prognoza

Bak o pojemności 15 litrów jest postulatem. Siedzi na liście kryteriów „dobrze zaprojektowanego” plug-ina razem z silnikiem elektrycznym co najmniej trzykrotnie mocniejszym od spalinowego, 200 km realnego zasięgu i ładowaniem prądem stałym powyżej 100 kW. Rzecz w tym, że ta lista ma już rok. Pochodzi z raportu z października 2025. Nowe były tylko liczby.

Ładowanie hybrydy plug-in

Same liczby bronią się zresztą bez pomocy marketingu. Plug-iny zarejestrowane w 2024 r. emitują w praktyce blisko sześć razy więcej, niż głosi homologacja. Czysto elektrycznie pokonują 27 proc. drogi. Kierowca dopłaca do paliwa około 680 euro rocznie ponad to, co obiecują oficjalne tabelki. Realna przewaga nad spalinówką to 14 proc., choć papier obiecywał 83. Problem bezsprzecznie istnieje, ale proponowane rozwiązanie jest z gatunku tych, które uruchamiają dosłownie wszystkich. Już to opisałem, więc zostawmy ten temat.

REKLAMA

Drugi dokument brzmi lepiej, ale czy na pewno?

Raport o autach firmowych to model zamówiony przez T&E w Instytucie Fraunhofera zajmującym się badaniami stosowanymi i ich wdrożeniami w przemyśle. Scenariusz bazowy zakłada 47 proc. udziału aut elektrycznych w dużych flotach firmowych w 2030 r., wersja umiarkowana to 52 proc., a w ambitnej odsłonie miałoby to być aż 69 proc. Polskie 2,1 mld euro i 38 500 etatów pochodzą z tego ostatniego, czyli najbardziej optymistycznego z trzech wariantów. To nie jest prognoza, tylko hipoteza badawcza.

Tylko żeby te liczby stały się rzeczywistością, gwiazdy musiałyby się wyjątkowo korzystnie ułożyć dla Polski. Instytut sam zresztą wypisał ograniczenia, o których w komunikatach prasowych mówi się rzadziej. Po pierwsze, nie policzono efektu netto, a więc etaty znikające przy produkcji spalinowej zostały po prostu pominięte. Po drugie, modelowano wyłącznie rynek firmowych elektryków, a plug-iny i zakupy prywatne zostawiono poza nawiasem. Nową produkcję model lokuje zaś tam, gdzie już dziś powstają elektryczne auta firmowe, i dlatego Francja wypada w tabeli blado, a Polska okazale.

REKLAMA

Z polskiej perspektywy najważniejsze jest jednak to, skąd ta kwota miałaby pochodzić. 82 proc. z tych 38 500 etatów to sektor bateryjny, a krajowa produkcja ogniw miałaby urosnąć z 31 do 81 GWh. Tyle że polskie inwestycje w tym modelu byłyby niemal równe niemieckim – 4,1 mld euro wobec 4,7 mld. Natomiast wartość dodana jest już prawie czterokrotnie niższa: 2,1 mld euro wobec 7,8 mld. Na konferencji prasowej brzmi to podobnie, w bilansie już nie.

Próbuję sobie przy tym przypomnieć ostatni model badawczy, który przy wdrożeniu zrealizował się w najbardziej ambitnym wariancie. I jakoś nic nie przychodzi mi do głowy. Możecie mnie nazwać cynikiem i sceptykiem, chociaż osobiście wolę „ostrożnego realistę”. Miliardy euro mają to do siebie, że łatwo się je zapisuje, ale dużo trudniej się ich później doliczyć.

REKLAMA

Wszystko wisi na jednym artykule

Cały rachunek opiera się na art. 4 projektowanego rozporządzenia o elektrycznych pojazdach firmowych. Od 1 stycznia 2028 r. państwa członkowskie mogłyby wspierać podatkowo wyłącznie auta nisko- i zeroemisyjne wyprodukowane w Europie. Bez warunku europejskiego pochodzenia zostałby sam popyt, który błyskawicznie mogłyby zaspokoić chińskie auta importowane z Azji.

Stąd kluczowa rola wymogu „Made in Europe”. Tylko że tu znów pojawia się problem: zgodnie z porozumieniem Berlina i Paryża z 16 października wymóg europejskiego pochodzenia miałby od 2028 r. objąć 70 proc. komponentów pojazdu, ale tylko 10 proc. zawartości baterii. Dla Polski – kraju, w którym cztery piąte obiecywanych etatów siedzi właśnie w sektorze bateryjnym – to nie jest szczegół techniczny. To różnica między tabelką a wypłatą.

REKLAMA

Morał? Nie warto rzucać się w wir komentarzy na temat tego, czy ekolodzy mają rację, czy jej nie mają. Warto natomiast czytać uważnie. Pośmialiśmy się z wiaderka, które jest tylko „pomysłem”, a teraz wyobraźnię uruchamia tabela, w której obok nazwy naszego kraju stoi 2,1 mld euro. Natomiast to, ile nas to będzie kosztować i jakie mamy gwarancje, zapisano już drobny druczkiem albo nie zapisano tego wcale.

I tu wrócę do własnej puenty sprzed tygodnia, bo przy okazji francusko-niemieckiego układu sam pisałem, żeby uważać na nagłówki. Działa to w obie strony, a w przypadku obietnicy miliardów euro i tysięcy etatów jest to nawet trudniejsze.

REKLAMA

A finalnie z wszystkich tych tabelek, modeli i raportów nie wynika ani jeden etat, dopóki ktoś nie dopisze do przepisów, gdzie dokładnie mają powstawać ogniwa.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.

REKLAMA
REKLAMA