REKLAMA

Japończycy znudzili się Europą. Całą frajdę wyślą za ocean

Nissan otwarcie przyznaje, że nie opłaca mu się robić aut wyłącznie dla Europy. Brzmi jak biznesowa kalkulacja, ale efekt jest prosty: dostajemy elektryczne crossovery, a całą frajdę wysyłają za ocean.

Japończycy znudzili się Europą. Całą frajdę wyślą za ocean
REKLAMA

Japońscy producenci po cichu spuszczają Europę w dół tabeli z priorytetami i przesuwają środek ciężkości gdzie indziej. Nissan poszedł jeszcze dalej – otwarcie przyznaje, że rozwijanie modeli skrojonych tylko pod Europę przestało mu się spinać przy takim udziale w rynku, jaki ma. Innymi słowy: nie ma sensu projektować czegoś dla kontynentu, na którym ledwo się trzymasz.

Oficjalna wersja jest elegancka i brzmi jak owinięta w bawełnę wypowiedź kogoś, kto nie chce nikogo urazić. Japończycy nie chcą rzekomo budować nudnych wozideł pod europejskie regulacje, więc zostawiają nam to, co najbezpieczniejsze, a swoje ciekawsze zabawki kierują tam, gdzie wolno się nimi bawić. To ładna narracja. Tyle że każdy medal ma dwie strony.

A z tej drugiej strony – i tu trzeba być uczciwym – nie chodzi wyłącznie o niechęć do nudy. Na tym samym rynku, z którego Japończycy się wycofują, Chińczycy radzą sobie znakomicie. Nissan, zamiast walczyć, sięga po chińskie platformy Dongfenga, żeby w ogóle nadążyć kosztowo i czasowo. To nie jest język zwycięzcy, który wybrzydza. To język firmy, która tnie modele i ratuje się planem naprawczym, bo finansowo ma pod górkę. Nudne SUV-y to nie wybór estetyczny, tylko to, na co realnie ich stać i co niemal na pewno jakoś się sprzeda.

Połączcie więc obie te narracje, bo dopiero razem ma to sens. Z jednej strony europejskie przepisy faktycznie utrudniają życie autom z duszą. Z drugiej – gdyby Japończycy mieli technologię i sprawność organizacyjną, wsparcie kapitałowe ze strony rządu i zdolność produkcyjną, by ograć Chińczyków na ich własnym, elektrycznym boisku, pewnie nie musieliby się tłumaczyć regulacjami. Łatwiej powiedzieć „nie chcemy” niż „nie umiemy”. A że Chińczycy stawiają głównie na pragmatyzm, wolumen i klienta masowego – koło się zamyka.

Najgorsze jest to, co dostajemy w zamian

Bo do Europy płyną teraz przede wszystkim elektryczne SUV-y i crossovery. Bezpieczne, wygodne, grzeczne, policzone w arkuszu Excela. Tymczasem wszystko, co pobudza tętno, jedzie w świat ze smutną adnotacją „nie dla was”. Sztandarowy przykład to Nissan Z – napęd na tylną oś, twin-turbo V6, manualna skrzynia – który przez lata omijał Europę, bo Nissan nie widział tu biznesu przy zaostrzonych normach emisji. Trafił m.in. do USA i Japonii, a nam pozostawał import prywatny i rozmowa z urzędem. Dopiero ostatnio Nissan zaczął tę decyzję odkręcać – co tylko pokazuje, jak długo musieliśmy czekać na coś, co inni dostali od ręki.

Podobny los spotkał Toyotę GR Corolla – 300-konny, trzycylindrowy hot hatch z napędem na cztery koła, który przez lata był u nas zakazanym owocem. Toyota zaczęła co prawda składać go w fabryce w Wielkiej Brytanii, ale rynki sprzedaży wciąż nie zostały oficjalnie potwierdzone. Europejski debiut to na razie wciąż przesłanka, nie pewnik. Budujesz auto na kontynencie, na którym formalnie go nie oferujesz – brzmi jak żart, ale taki jest stan na dziś. A żeby nie było wątpliwości: świeżo pokazaną, najmocniejszą Corollę w wersji GRMN Toyota kieruje przede wszystkim do Japonii, USA i Australii – o Europie znów ani słowa.

Do tej galerii dołącza Lexus IS 500 F Sport Performance – kompaktowy sedan z wolnossącym 5-litrowym V8 o mocy ok. 480 KM. Do Europy nie trafił, a Lexus jasno dał do zrozumienia, że to auto na rynek amerykański i japoński. Gorzkiego smaku dodaje to, że produkcja całej gamy IS, łącznie z V8, zakończyła się jesienią 2025 roku. Czyli nawet jeśli kiedyś marzyliście o imporcie, czas się skończył – i tym razem nie z naszej winy.

A to dopiero żywi

Cmentarz jest jeszcze ciekawszy. Honda Civic Type R oficjalnie pożegnała się z Europą na początku 2026 roku, a Honda mówiła wprost, że to kwestia coraz ostrzejszych norm emisji (Euro 6e-bis od stycznia 2026 roku). Na pożegnanie Stary Kontynent dostał 40 sztuk edycji „Ultimate”. Reszta świata – w tym USA i Japonia – dalej jeździ Type R.

W tym samym worku ląduje Nissan GT-R R35, który po 18 latach produkcji po raz ostatni zjechał z taśmy w sierpniu 2025 roku oraz cała litania modeli, które dla wielu z nas były definicją „japońskiej radości jazdy”: Mazda RX-8 z silnikiem Wankla, dwulitrowa Mazda MX-5, Nissan 370Z. Każde z nich miało charakter, którego dziś próżno szukać w katalogu z elektrycznymi crossoverami. Każde odeszło, a na ich miejsce wjechało coś, co świetnie wygląda w zestawieniu zasięgu, ale nijak nie porusza wyobraźni, a w pamięć zapada na sekundy zamiast pokoleń.

A gdyby ktoś jeszcze łudził się, że to przesada, jest świeży dowód. Subaru właśnie zapowiedziało trzy nowe modele z manualem – WRX ze skrzynią TY85 rodem ze STi, ostrzejsze BRZ i tani, pięciodrzwiowy hatchback dla zapaleńców. Premiera ma nastąpić do 2027 roku, a całość zaprezentowano w Japonii. Nowe WRX STi? Może – sam producent na razie nie potwierdza. Na Europę? No nie. O naszym kontynencie nie pada ani słowo, a auta są rozwijane z myślą o japońskich kierowcach. Najwyżej, jak zwykle, doczepią się Stany. My możemy obejrzeć teaser albo Szybkich i Wściekłych XVI.

I tu wracamy do sedna. Można się obrażać na Brukselę, można na księgowych w Jokohamie, a prawda zawsze leży gdzieś pośrodku. Europa swoimi przepisami faktycznie wypycha z rynku auta z charakterem. Ale Japończycy nie uciekają stąd dlatego, że są od nas lepsi i mają nas dość. Uciekają, bo na rynku, który sami zostawiają Chińczykom, przestali sobie radzić. „Nie chcemy budować nudy” brzmi znacznie dumniej niż „przegraliśmy”. A my w tej opowieści gramy najsmutniejszą rolę: dostajemy skalkulowaną, bezjajeczną nudę i mamy być wdzięczni, że w ogóle coś do nas dopływa.

Zostają nam więc dwie drogi: tabelka z zasięgami na baterii albo rozmowa z importerem aut zza oceanu. Wybór, którego dwadzieścia czy trzydzieści lat temu byśmy nie zrozumieli.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.