Prezydent jak Harry Potter. Będzie latał na Nimbusie
Prezydent Francji dostał na nową limuzynę, a właściwie opancerzonego SUV-a wielkości małej łodzi. W środku znalazła się rzecz, którą Citroen pogrzebał całą dekadę temu: hydropneumatyka.

Defilada z okazji święta narodowego 14 lipca to we Francji od lat konkurs piękności dla krajowych producentów. W tym roku wygrało go DS Automobiles, wystawiając model DS N°7 ELYSEE. To pierwszy w pełni elektryczny wóz w oficjalnej flocie prezydenta Francji – opancerzony, z rozstawem osi wydłużonym o 25 centymetrów i napędem o mocy 350 koni z baterią 97,2 kWh.
Ale to nie pancerz zrobił furorę ani nawet o to, że tylna kanapa zamieniła się w mobilne biuro z regulowanym przyciemnieniem szyb. Gwiazdą zostało zawieszenie. Producent pochwalił się, że limuzyna dostała hydropneumatykę, a dokładniej układ oleopneumatyczny.
Według doniesień branżowych za jego stworzenie odpowiadała francuska firma Nimbus spod Tuluzy. Dla marki, która wywodzi nazwę i tożsamość od legendarnego DS-a, to gest nostalgiczny aż do bólu. Bo to właśnie od modelu DS z 1955 roku wzięła się cała mitologia Citroena sunącego nad dziurami jak poduszkowiec.
Obowiązkowa łyżka dziegciu dla rozmarzonych – seryjny DS N°7, który trafi do salonów we wrześniu, tej magii nie dostanie. Francuskie media wprost piszą, że na modelach seryjnych oleopneumatyki nie będzie. Prezydent popłynie, kierowca z kredytem pojedzie na zwykłych sprężynach, tyle że z ogranicznikami hydraulicznymi. Nie dla psa kiełbasa, jak zwykle.
Jak to w ogóle działa, w wersji dla ludzi
Klasyczny samochód ma stalową sprężynę i osobny amortyzator dla każdego koła. Sprężyna trzyma masę, amortyzator hamuje jej bujanie. Citroen w DS-ie zrobił coś innego: wyrzucił jedno i drugie, a w zamian dał tak zwane gruszki, w których sprężony azot był oddzielony od oleju gumową membraną. Gaz pełnił rolę sprężyny, olej przeciskający się przez zaworki pełnił rolę amortyzatora.

Całość zasilana była centralną pompą napędzaną silnikiem, która tłoczyła płyn grubymi przewodami do wszystkich kół naraz. Ten sam układ potrafił samoczynnie poziomować auto i zmieniać prześwit, a przy okazji obsługiwał hamulce i wspomaganie kierownicy.
Nimbus zostawia sam rdzeń tego pomysłu, czyli azot jako element sprężysty i olej jako medium tłumiące, ale wywala z niego całą hydrauliczną instalację. Zamiast jednej wielkiej sieci z pompą i sferami dostajemy samodzielne moduły przy każdym kole. W każdym z nich jest komora z azotem, olej, tłok i pakiet zaworów.
Klasyczna stalowa sprężyna (o ile nie jest progresywna) ma w przybliżeniu liniową charakterystykę: dwukrotnie większe ugięcie wymaga mniej więcej dwukrotnie większej siły. Gaz zachowuje się inaczej – wraz ze zmniejszaniem objętości jego sztywność rośnie coraz szybciej, dzięki czemu naturalnie tworzy charakterystykę progresywną. Kiedy koło najeżdża na dziurę, tłok wsuwa się do środka, azot ulega ściśnięciu i coraz mocniej broni się przed dalszym ugięciem. Jednocześnie olej musi przecisnąć się przez zawory.
Efekt jest taki, że na drobnych nierównościach zawieszenie potrafi być mięciutkie, a w kontakcie z poważniejszymi nierównościami samo w porę twardnieje. Bez dodatkowych odbojników, bez zmiennego skoku zwojów czy zmiennej średnicy drutu sprężyny, bez elektronicznego przełączania. Sam azot załatwia progresję.
A jak to drzewiej bywało?
W klasycznym Citroenie wszystko opierało się na jednej centralnej instalacji. Pompa, przewody wysokiego ciśnienia, dodatkowe sfery, samopoziomowanie, regulacja prześwitu i spięcie z hamulcami w jeden organizm. Genialne, kiedy działało. Przekleństwo, kiedy zaczynało cieknąć, bo jeden pęknięty przewód potrafił położyć pół samochodu.

Nie bez powodu w Polsce od lat krąży żart, że warsztaty dzielą się na takie, które hydropneumatykę naprawiają, i na takie, które potrafią ją naprawić.
Nimbus uprościł to do granic. Nie ma centralnej pompy, nie ma przewodów wysokiego ciśnienia. Uszkodzenie jednego modułu nie rozbraja całego auta. Czyli w teorii największa bolączka tego cudu techniki zniknęła.
Ale wiadomo, że nie ma nic za darmo. Za tę prostotę płaci się utratą sztandarowych sztuczek starego Citroena – tego samopoziomowania oraz opadania na postoju i wstawania po przekręceniu kluczyka, które pół Polski pamięta z dzieciństwa. Zostaje za to sedno: niesamowity komfort jazdy.
Czy to zapowiedź powrotu łóżka wodnego na kołach? Jeśli przez hydropneumatykę rozumiemy pompy, sfery i płyn LHM, to nie – tamten świat się skończył i nie wróci. Ale jeśli chodzi o samą ideę – gaz pełniący rolę sprężyny i olej jako tłumik – to Nimbus gra w tę samą grę.
Szkoda tylko, że na razie to gra wyłącznie dla wybrańców. Oleopneumatyka jest dla głowy państwa. Reszta może o niej co najwyżej pomarzyć przy zjeżdżaniu na pobocze, żeby przepuścić prezydencką kolumnę.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.