Największy rynek samochodowy się zatkał. Jakby zniknął cały kraj
W pierwszej połowie 2026 r. Chińczycy kupili o jedną piątą mniej aut niż rok wcześniej. Nie mówimy już o korekcie czy chwilowej zadyszce. To ubytek zbliżający się skalą do całego rocznego rynku wielkości Japonii.

Liczby są takie, że trzeba je przeczytać dwa razy. Sprzedaż detaliczna samochodów osobowych w Chinach spadła w pierwszym półroczu o 20,2 proc., do 8,7 mln sztuk. Rok wcześniej ten sam rynek rósł o niecałe 11 proc., dobijając do 10,9 mln. Mówimy więc o ponad dwóch milionach aut, które w rok wyparowały z zestawień, a gdyby doliczyć oczekiwane jeszcze niedawno wzrosty, luka robi się jeszcze większa.
Dla wyobrażenia skali: z prognozowanych chińskich statystyk zniknęła sprzedaż wielkości całego rocznego rynku japońskiego. Rocznie w Japonii sprzedaje się jakieś 4,6 mln aut, więc chiński ubytek to połowa, a licząc razem z niezrealizowanym wzrostem – prawie cała roczna sprzedaż w Kraju Kwitnącej Wiśni.
Czerwona fala
Najbardziej oberwał lider. BYD, marka, którą jeszcze rok temu wszyscy okrzyknęli chińskim pogromcą Toyoty, w domu zaliczyła zjazd o 45,9 proc., do 795,7 tys. aut. W liczbach bezwzględnych to i tak wynik numer jeden w kraju, ale spadek o prawie połowę u kogoś, kto dopiero co wskoczył do czuba tabeli, wygląda jak nagła utrata formy w kluczowym momencie sezonu.
Co ważne, mowa o samej marce BYD, bez jej luksusowych przybudówek pokroju Denzy czy Yangwang. Wliczając je, cała grupa spadła łagodniej – o niespełna 40 proc. – ale kierunek jest ten sam, tylko skala odrobinę mniej dramatyczna.
Za plecami lidera krajobraz wygląda jak pobojowisko. Volkswagen, do niedawna symbol chińskiego snu o dostatku, sprzedał 665,5 tys. aut, co oznacza spadek o 28,8 proc. Toyota z wynikiem 614,8 tys. straciła 17,1 proc., a rodzime Geely, mimo czwartego miejsca, i tak zjechało o jedną czwartą.

Cały ten korowód spadków przełamują tylko pojedyncze wyjątki. Leapmotor urósł o blisko 34 proc., a debiutująca w motoryzacji Xiaomi, u nas nadal kojarzona głównie z telefonami i elektroniką użytkową, dorzuciła 17 proc. na plusie. Reszta stawki – w tym AUDI, BMW, Honda czy Mercedes – świeci na czerwono.
Skąd te problemy?
Winny jest głównie ten sam mechanizm, który wcześniej napędzał tę maszynę. Pekin przez lata dokładał do pieca, zasilając sprzedaż dopłatami i zwolnieniami podatkowymi. Aż z dnia na dzień przykręcił kurek. Zwolnienie z podatku od aut z wtyczką ścięto o połowę, więc klienci wepchnęli ręce do kieszeni i czekają na kolejne obniżki. Efekt jest taki, że popyt, który miał być stały, roztopił się jak lody na wakacjach.
Do tego dochodzi rzeź konkurencyjna, jakiej ten rynek jeszcze nie widział. Ponad sto marek bije się o tego samego klienta. A że głównym orężem w tej walce jest cena, to marże spadły do poziomu, przy którym producenci właściwie dopłacają do interesu.
Średnia rentowność całej branży osunęła się do 3,4 proc., co w motoryzacji jest wynikiem gdzieś na granicy zadyszki i agonii. Tam, gdzie kiedyś liczyła się skala, dziś liczy się to, kto zdoła wyjść z tej wojny cenowej żywy.
W tej sytuacji Chińczycy znaleźli genialny w swojej prostocie sposób na zapchane magazyny. Skoro nie ma komu sprzedać aut w kraju, pakuje się je na statki. Eksport samochodów osobowych w pierwszym półroczu skoczył o ponad 60 proc., do przeszło 5 mln sztuk. W samym czerwcu z chińskich portów w świat wyruszyło ponad milion aut w ciągu jednego miesiąca. To pierwszy taki miesiąc w historii.
Dostawa pod dom
Tyle że ten eksportowy triumf to w gruncie rzeczy ucieczka. Fabryka, która produkuje jak nakręcona, a nie ma komu sprzedać towaru u siebie, musi go gdzieś upchnąć. I upycha w Europie, w Azji, w Ameryce Południowej, na Bliskim Wschodzie – wszędzie tam, gdzie cło jeszcze nie zdążyło zatrzasnąć drzwi.

Co z tego wynika dla nas, siedzących w europejskim korku i patrzących, jak sąsiednim pasem sunie coraz więcej aut z nazwami, których pół roku temu nie umielibyśmy wymówić? Ano tyle, że kryzys na drugim końcu świata przemalowuje krajobraz na europejskich drogach.
Nadprodukcja, której nie chłonie już własny rynek, desperacko szuka ujścia. Zjazd w Chinach nie jest więc odległą ciekawostką z drugiej strony globu. To zapowiedź tego, co za moment zaparkuje na naszym osiedlu, czy tego chcemy, czy nie.
Największy rynek świata dostał zadyszki, więc swój problem wsadził na statek płynący w naszą stronę. Te wszystkie miliony aut, które nie sprzedały się lokalnie, nie wyparowały. One po prostu szukają nowego domu, chodząc od drzwi do drzwi i pytając, kto je przygarnie.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.