Audi zmienia plan. Podziękujesz w trakcie jazdy

Audi ogłasza rewolucję w designie. Kolejne wnętrza nie będą już wyglądać jak wystawa sklepu RTV. Zamiast tego mniejsze ekrany i prawdziwe przyciski. Brzmi jak przełom? Raczej jak: „a nie mówiłem?”.

Audi zmienia plan. Podziękujesz w trakcie jazdy

Bo umówmy się - przez ostatnie lata branża pędziła w jednym kierunku: wielki ekran, jeszcze większy ekran, aż wreszcie taki, że kierowca ma przed nosem taflę szerokości biurka. A przed nim jeszcze jeden, do sterowania czymś innym. I ze dwa (albo cztery) z tyłu. I może płytki dotykowe na kierownicy. Fizyczne przyciski i pokrętła wyrzucono za burtę jak balast, bo tablet na desce wygląda nowocześnie, a nowocześnie znaczy drożej. Choć w praktyce (produkcyjnie) jest taniej.

I nagle Audi, jeden z głównych sprawców tego całego zamieszania, mówi „przepraszamy, chyba przesadziliśmy”.

Rouven Mohr, dyrektor ds. rozwoju technicznego marki, przyznaje wprost, że w przyszłych modelach ekrany będą mniejsze i lepiej zintegrowane, a do środka wrócą klasyczne przełączniki i pokrętła. Ma też wrócić to charakterystyczne „kliknięcie”, które kiedyś było znakiem firmowym Audi, zanim koncern zamienił kokpit w jeden wielki smartfon.

Alleluja!

Część portali branżowych zdążyła już okrzyknąć to najważniejszą korektą wnętrzowej strategii marki od dekady i trudno się z tą oceną kłócić. Sęk w tym, że to nie jest żadne olśnienie, tylko spóźniona praca domowa.

Jak wygląda życie z tabletem zamiast deski

Wsiadasz. Chcesz podgrzać fotel, bo za oknem piździ jak w kieleckim. W aucie z przyciskiem: klik i grzeje. W aucie z ekranem: odblokuj, przewiń, wejdź w menu, znajdź ikonkę, traf w nią palcem, potwierdź. Gratulacje, właśnie przejechałeś pół ulicy, patrząc w dół zamiast na drogę.

Przesada? Tylko trochę. Szwedzi posadzili kierowców w dwunastu autach i kazali im wykonać cztery proste czynności podczas jazdy. W siedemnastoletnim Volvo V70 z przyciskami zajęło to równe 10 sekund. W Tesli? 2,5 raza dłużej. A w MG Marvel R z wielkim wyświetlaczem? 44,9 sekundy i 1372 metry przejechane z oczami wlepionymi w ekran. Blisko półtora kilometra.

Fajnie, że Audi w końcu doczytało.

Producenci długo bronili tego pomysłu jak niepodległości. Jeszcze niedawno inżynierowie z Mazdy tłumaczyli, że to fizyczne przyciski rozpraszają, a wielki ekran ma być bezpieczniejszy, bo klimatyzację obsłużysz jednym palcem. Owszem, jednym palcem i kilkoma spojrzeniami w bok. Argumentacja mniej więcej z gatunku „papierosy są zdrowe, bo relaksują”.

Zresztą nie chodzi już nawet o same auta, tylko o to, w co się zmieniła cała ich prezentacja. Nie tak dawno pisałem o recenzji nowego Mercedesa klasy S, która była najmniej samochodową recenzją samochodu, jaką dotąd widziałem. W osiemnastominutowym filmie ekranom i podświetleniu poświęcono ponad sześć minut. Za to o prowadzeniu padły dwa zdania. Klimatyzacja w ekranie, lusterka w ekranie, z tyłu jeszcze dwa dodatkowe ekraniki dla pasażerów. Samochód przestał być samochodem, a stał się telewizorem z homologacją.

W Ingolstadt przynajmniej dostrzegli, jak daleko to zaszło.

Chiny chcą ekranu, reszta świata chce spokoju

Jeszcze ważniejsze jest to, co Mohr powiedział o rynkach. Koniec z jednym autem dla całego globu. Klient w Chinach dalej dostanie kokpit świecący jak witryna sklepu z elektroniką, bo tam wielki wyświetlacz i migające światełka to wciąż powód do dumy. Za to Europa i Stany mają dostać wnętrza spokojniejsze, z mniejszym ekranem i fizycznymi elementami sterującymi.

Innymi słowy: Audi wreszcie zauważyło, że kierowca nad Wisłą i kierowca w Szanghaju to dwa różne gatunki. I muszę przyznać, że dawno żadna zapowiedź zmian, nowości czy „rewolucji” w autach mnie tak nie ucieszyła. Dobrze, że po drodze nie kazali nam nosić słomkowych kapeluszy i gorącej wody w termosie, bo przecież w Chinach to popularne.

Pierwsze auto z nowym podejściem to koncepcyjny model Nuvolari, a na masową skalę zmiana dojedzie do salonów dopiero z elektrycznymi Q7 i A4 planowanymi na 2028 rok. Czyli szybko to nie będzie. Modele, które trafiają do sprzedaży teraz, będą jeszcze zaprojektowane „po chińsku”. Rewolucja owszem, ale w dostojnym tempie. Jak na Europę przystało.

Wyszło na moje!

Cała ta historia ma jeden morał, gorzki i satysfakcjonujący zarazem. Przez lata, gdy działy marketingu i fora internetowe rozgrzewały się do czerwoności z zachwytu nad kolejnym monstrualnym ekranem, garstka zrzędów z redakcji motoryzacyjnych powtarzała to samo: człowiek nie chce dłubać w menu, człowiek chce wcisnąć guzik i patrzeć na drogę.

Wyśmiewano nas, że tęsknimy za starociami, szydzono z nas, wytykano palcami jak dziwaków. A tu proszę, jeden z największych producentów świata przyznaje, że mieliśmy rację.

Warto więc pisać te wszystkie teksty na Autoblogu. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że to nasza zasługa.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.