Chery i Jaguar Land Rover chwalą się, że wcisnęły w deskę rozdzielczą Freelandera 8 ekran o przekątnej 46,3 cala. Dwa razy większy od monitora, przy którym pisałem pracę magisterską. Tylko po co mi to w aucie?

Pamiętam swój monitor z czasów studiów. Klocowaty, ciężki jak akumulator, grzał się tak, że zimą suszyłem przy nim rękawiczki. Wtedy 22 cale robiły piorunujące wrażenie. Dziś dostaję do samochodu taflę, przy której moje ówczesne studenckie okno na świat wygląda jak wizjer w drzwiach.
I nie chodzi o jeden nieszczęsny wyświetlacz, tylko o kierunek, w którym idzie cała branża.
Metr dwadzieścia szkła przed nosem
Producent podaje, że panoramiczny ekran Freelandera 8 ma 46,3 cala, rozdzielczość 8K i szerokość 1,2 metra – czyli tyle, ile mierzy na szerokość blat biurka, przy którym to piszę. Firma dorzuca, że to o 300 mm więcej niż u głównych rywali i że jasność na poziomie 1000 nitów czyni z niego jedyny tak czytelny w każdych warunkach ekran w branży.
Jasne. Producenci zawsze mają „jedyne na świecie” cokolwiek. Ale nawet filtrując cały ten marketingowy patos, zostaje kawał szkła, który ciągnie się od słupka do słupka. Pisaliśmy już o tym w kwietniu: szeroki ekran biegnie pod szybą, a tuż przed nim siedzi drugi, mniejszy wyświetlacz od multimediów.

Dwa ekrany. W aucie, które w wersji z przedłużaczem zasięgu (EREV) waży prawie 3,5 tony i mierzy ponad pięć metrów. Prawo jazdy kategorii B ledwo to udźwignie, ale przynajmniej obraz będzie ostry. Może zmieści się tam instrukcja, jak tym kolosem nawrócić.
Kto na to patrzy?
Wszystko pięknie. Siadasz za kierownicą i masz przed sobą powierzchnię większą niż telewizor w salonie. Pytanie brzmi: kiedy niby mam na to patrzeć. Na światłach? W korku? Bo jeśli w trakcie jazdy, to znaczy, że chcąc sprawdzić godzinę „wygodnie” wklejoną gdzieś w prawym rogu, nie patrzę na drogę.

Co jest osobną ironią, bo jeszcze przed chwilą producenci zapewniali nas, że przyciski i pokrętła w kabinie to zło wcielone. Trzeba odrywać ręce od kierownicy, a wzrok od drogi, a to przecież najkrótsza droga do katastrofy w ruchu lądowym. Ustawodawcy z kolei przekonują, że używanie 6-calowego smartfona podczas jazdy to grzech śmiertelny. Ale pięćdziesiąt cali ekranu? A nie, tak to jest w porządku.
Branża zna ten problem, dlatego zaklina go systemami wspomagania. Freelander 8 ma w standardzie asystenta Huawei (a jakże) i dachowy LiDAR, który podobno widzi teren z milimetrową dokładnością. Innymi słowy: auto samo popatrzy na drogę, a ja mogę się gapić w 8K.
To nie jest problem jednej chińsko-brytyjskiej fuzji. To zawody, w których wygrywa ten, kto przeliczy centymetry przekątnej na centymetry przewagi w folderze reklamowym. Więcej cali znaczy „nowocześniej”, a nowocześniej znaczy „drożej”. Nikt nie pyta, czy człowiek za kierownicą tego chce.
Fizyczne przyciski, czyli mały cud
Zabawne, że w tym samym aucie, w którym szkło zajmuje pół deski, projektanci zostawili prawdziwe pokrętła i przyciski od klimatyzacji. Ktoś w końcu zrozumiał, że regulacja nawiewu nie powinna wymagać nurkowania w cyfrowe menu ani debaty z asystentem o tym, jak wpływa to na dobrostan płetwali.
I to jest właśnie ten moment, w którym łapię się na kibicowaniu temu autu. Nie za ekran. Za pokrętła.
Bo ekran 46,3 cala to popis. Popis dla mnie, faceta z czterema dychami na karku, który pamięta, jak wielkim luksusem był monitor pozwalający obejrzeć film z pryczy w akademiku. Popis, który za pięć lat będzie wyglądał tak samo staro jak mój studencki klocek – bo pojawi się ktoś z ekranem 60 cali i błędne koło zostanie na nowo wprawione w ruch.
Ja tam wolę auto, które dowiezie mnie z punktu A do B, niż salon kinowy na kółkach. Ale wiem, że przegrywam tę bitwę. Świat chce więcej większych ekranów, a ja chcę tylko widzieć drogę.
Chyba po prostu jestem stary. Mój monitor ze studiów też tak pewnie pomyślał, zanim wylądował na śmietniku.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.