Oto chiński pick-up z Lublina. Nawet ojciec Mateusz mu nie pomógł
15 lat temu w Polsce doszło do pierwszej próby montażu chińskiego samochodu. ZX Grand Tiger, czyli średniej wielkości pick-up, zaczął wyjeżdżać z tej samej fabryki, co dawniej Żuki i Lubliny.

Obecnie coraz więcej słyszy się o chińskich koncernach planujących rozpoczęcie produkcji swoich aut w Europie, z wykorzystaniem już istniejących fabryk. Jednak na długo, zanim Chery czy BYD otworzyli swoje pierwsze salony w Polsce, to nad Wisłą miała miejsce próba montażu pewnego chińskiego samochodu.
Ale najpierw jeszcze mała errata. Bo jeśli mam być precyzyjny, to zamiast "nad Wisłą" powinienem powiedzieć "nad Bystrzycą".
Pod karoserią Hilux, pod maską misz-masz
ZX Grand Tiger to średniej wielkości samochód typu pick-up, opracowany przez chińską firmę ZX Auto, czyli Hebei Zhongxing Automobile, wprowadzony na rynek w 2007 roku. Model ten był przeznaczony przede wszystkim do pracy: dla rolników, firm budowlanych, przedsiębiorstw usługowych i innych klientów potrzebujących samochodu z otwartą przestrzenią ładunkową.





Pochodzi jeszcze z czasów, kiedy Chińczycy nie za bardzo przejmowali się prawami autorskimi. Choć akurat Grand Tiger nie jest perfidną kopią żadnego auta, to może trochę przypominać Mazdę BT-50. Takie niewielkie "zapożyczenie".
Auto było następcą modelu Admiral, będącego licencyjną odmianą wcześniejszej generacji Toyoty Hilux. Ciekawostką o Admiralu jest fakt, że był pierwszym chińskim autem importowanym do Rosji, co nastąpiło już w roku 2004.
Grand Tiger przejął po poprzedniku część rozwiązań technicznych, w tym silnik, będący naturalnie dziełem Toyoty. Przy czym do oferty doszła jeszcze jedna jednostka - turbodiesel, opracowany przez firmę SAIC i oparty na konstrukcji Mitsubishi.
Ale w Europie było jeszcze inaczej - pod maską pracował tylko jeden silnik, tym razem od Hyundaia. Była to jednostka D4CB o pojemności 2,5 l, rozwijająca 170 KM. Znana była m.in. z Hyundaia Santa Fe oraz Kii Sorento pierwszej generacji. W Grand Tigerze współpracowała z pięciobiegową skrzynią manualną.
W pewnym momencie trafił do Lublina
W Polsce jego wyłącznym importerem, dystrybutorem i serwisantem była lubelska spółka POL-MOT Warfama. Ta jednak postanowiła pójść o krok dalej niż zwykły import i uruchomić montaż samochodu na miejscu. Firma uzyskała wszelkie wymagane homologacje po 30 tys. km testów w różnych warunkach.
W 2010 roku firma ogłosiła uruchomienie montowni, rozpoczynając od pierwszych 20 egzemplarzy. W kolejnym roku rozpoczął się montaż "seryjny", odbywający się na terenie dawnej Fabryki Samochodów Ciężarowych w Lublinie. To ten sam przemysłowy adres, pod którym powstawały Żuki, Lubliny i Honkery.
Auto na polskim rynku miało startować z poziomu 65 tys. zł - wtedy starczało to na niezłe auto kompaktowe, a jak na sporego pick-upa była to już okazja. Zwłaszcza, że standardowym wyposażeniem pojazdu miało być m.in. ABS, EBD, klimatyzacja, centralny zamek, elektryczne szyby i lusterka oraz radioodtwarzacz CD.

Niestety, skończyło się to porażką
Pomysł na Grand Tigera był prosty: skoro polski klient potrzebuje samochodu do przewożenia narzędzi, materiałów oraz płodów rolnych, to może nie musi płacić tyle, ile kosztuje pick-up renomowanej marki. Wchodząc na rynek, miał on de facto tylko jednego rywala - indyjskiego Tatę Xenona, który również przyciągał klientów przede wszystkim ceną.
Problem w tym, że cena to tylko część równania. W przypadku mało znanego producenta kluczowe są też dostępność części, sprawny serwis i zaufanie klientów - a w 2010 roku zwracano już na to uwagę.

Według dostępnych opracowań, montaż Grand Tigera w Lublinie zakończono w 2014 roku. Projekt nie przerodził się w wielkoseryjną produkcję - według różnych źródeł, klientów znalazło zaledwie 170 „wielkich tygrysów”. Ale jeżeli kogoś to pocieszy - to Tata też była wtopą na polskim rynku
Osobiście widziałem taki samochód tylko raz - w serialu "Ojciec Mateusz" na TVP. Jego dumnym właścicielem był przez pewien czas insp. Orest Możejko z policji w Sandomierzu. Niestety, poza występem w tym popularnym serialu, Grand Tiger zwyczajnie nie miał czym zapisać się w polskiej świadomości.
Podsumowując, Grand Tiger był więc czymś więcej niż egzotycznym pick-upem z dalekiego kraju. To przykład próby wykorzystania polskiej infrastruktury przemysłowej do montażu chińskiego samochodu i stworzenia lokalnego produktu z potencjałem eksportowym. Plan zakładał znacznie więcej niż sprzedaż kilkudziesięciu aut - ale ostatecznie na tychże planach się skończyło.
Więcej o polskiej motoryzacji przeczytasz tutaj:
Od 2024 r. redaktor portalu Autoblog. Zajmuje się tematyką motoryzacji rosyjskiej, chińskiej, a także samochodami klasycznymi i nietypowymi. Po pracy, na imprezach porywa towarzystwo ciekawostkami o fabrycznych oznaczeniach radzieckich samochodów. Miłośnik włoskiej motoryzacji, hawajskich koszul i wszystkiego, co smakuje miętą.