Rząd kupuje samochody najuboższym. 425 zł i jeździsz jak bogacz
Rzym właśnie wymyślił, jak posadzić najuboższych za kierownicą fabrycznie nowego auta za 100 euro na miesiąc, z ubezpieczeniem i serwisem w cenie. Polska wolała rozdać po 40 tysięcy złotych na samochody elektryczne za 200 tys. zł.

Włoski rząd robi coś, co u nas wywołałoby zawał u połowy komentujących pod artykułami o dopłatach. Uruchamia program, w którym osoba o niskich dochodach dostanie nowy samochód w wynajmie długoterminowym za 100 euro miesięcznie z VAT, czyli jakieś 425 zł. I tyle. To cała kwota, jaką płaci użytkownik. Resztę bierze na siebie państwo.
Za mechanizm odpowiada MIMIT, czyli włoskie ministerstwo przemysłu, razem z Automobile Club d'Italia, czyli włoskim odpowiednikiem naszego związku motorowego, który kupi auta w przetargu i będzie nimi zarządzać w ramach tzw. wynajmu społecznego. W tych 100 euro mieści się już ubezpieczenie, podatek drogowy, serwis i pomoc drogowa. Kierowca dokłada tylko paliwo albo prąd.
Hurr! Durr! Komuna!
Zanim ktoś krzyknie, że to rozdawnictwo, warto spojrzeć na warunki. Przede wszystkim trzeba mieć wskaźnik dochodowy ISEE poniżej 30 tysięcy euro. To nie to samo co roczny dochód, bo ISEE liczy majątek, oszczędności i liczbę osób w rodzinie. Do tego trzeba oddać na złom własne auto w normie Euro 4 lub starszej, posiadane od co najmniej roku. Bez starego grata do zezłomowania nici z najmu.
Ciekawa jest natomiast różnica względem wzorca, z którego Włosi ściągali. Francja swój leasing socjalny przyznaje wyłącznie na samochody elektryczne, w dodatku premiując auta składane w Europie. Włosi otworzyli furtkę szerzej, dopuszczając hybrydy i inne spalinówki. Auto ma być po prostu nowe, w normie Euro 6, a jego emisja dwutlenku węgla nie może przekraczać 135 g na kilometr.
Ta jedna decyzja mówi więcej niż niejeden manifest polityczny. Włochy – kraj z jednym z najstarszych parków samochodowych w Europie – uznały, że ważniejsze jest ściągnięcie z dróg dwudziestoletniego diesla niż zmuszanie emeryta z Kalabrii do przesiadki na coś, czego nie ma jak naładować. Pragmatyzm zamiast ideologii. U nas taki pomysł nie przeszedłby przez pierwsze posiedzenie komisji.
Tesli nie dostaniesz
Maksymalny koszt zakupu jednego auta miałby wynosić 14,8 tys. euro bez VAT. Tyle że jest tu pewien kruczek i to on decyduje, ile aut realnie wejdzie do programu. Owe 14 800 euro to kwota netto, bez VAT. Po doliczeniu podatku sufit podnosi się do jakichś 18 tysięcy euro.

Przy tej niższej kwocie łapie się praktycznie jeden model – Dacia Sandero w najuboższej wersji. Reszta popularnych miejskich maluchów, od Fiata Pandy po Kię Picanto, w podstawie przebija ten limit. W wyższej mieści się już zarówno Pandina z ceną katalogową około 15 950 euro, jak i Kia Picanto czy Hyundai i10.
Sęk w tym, że samej kwoty próżno szukać w tekście dekretu – DPCM Automotive ustala tylko parametry techniczne, czyli normę Euro 6 i limit 135 g CO2 na kilometr, a konkretny pułap ceny wypłynął z wypowiedzi dyrektora ACI i ma trafić dopiero do ogłoszenia przetargu. Innymi słowy, dopóki nie ruszy postępowanie, lista dostępnych modeli pozostaje ruchoma.
Skala pilotażu też studzi emocje. Na start przeznaczono 50 milionów euro, co wystarczy na jakieś 3 tysiące aut. To kropla w morzu, zważywszy, ilu Włochów jeździ wysłużonymi gratami. Cały fundusz na motoryzację w tym dekrecie jest znacznie większy, bo sięga 1,3 miliarda euro, ale lwia część idzie na przemysł i badania, a nie na wynajem dla obywateli.

Wnioski mają być przyjmowane przez portal, którego jeszcze nie ma, a start realnie przesuwa się na 2027 rok. Kto pierwszy kliknie, ten lepszy. Program ma działać do 30 czerwca 2030 roku, a jeśli chwyci, Włosi obiecują dosypać pieniędzy.
Dwie zupełnie różne filozofie
Polska jak zwykle robi po swojemu. Program NaszEauto obejmował tylko nowe pojazdy w pełni elektryczne. Państwo nie ustalało niskiej raty za wszystko, tylko zwracało część kosztów zakupu, leasingu albo wynajmu. Dopłata sięgała 40 tysięcy złotych, ale głównie dla tych, którzy zezłomowali stare auto, mieli Kartę Dużej Rodziny i mieścili się w limicie dochodu.
Nabór ruszył w lutym 2025 roku i miał trwać do 30 kwietnia 2026. Budżet 1,18 miliarda złotych z KPO wyczerpał się już pod koniec stycznia 2026. Potem wnioski przyjmowano tylko warunkowo, bez gwarancji wypłaty. Na koniec wpłynęło ponad 41 tysięcy zgłoszeń na kwotę przekraczającą 1,3 mld złotych. Program przejadł sam siebie, a nowego ogólnokrajowego wsparcia jak nie było, tak nie ma.

Włosi mówią najbiedniejszym: oddaj wrak, a my posadzimy cię w nowym aucie i weźmiemy na siebie prawie wszystko, byle z dróg zniknął kolejny kopcący złom. Polska mówiła: kup sobie elektryka za grubo ponad 100 tysięcy, my zwrócimy ci kawałek, o ile zdążysz przed innymi.
Nie twierdzę, że włoski pomysł jest bez wad, bo jeden dostępny model i portal widmo to nie jest szczyt sprawności państwa. Ale jest w nim coś, czego u nas brakowało – uczciwe przyznanie, że dopłata do auta za 200 tysięcy nie zmieni życia beneficjenta. W odróżnieniu od człowieka, który jeździ dwudziestoletnim dieslem, bo na nic innego go nie stać.
Włosi próbują wsadzić do nowego auta osoby najbiedniejsze. My przez rok sponsorowaliśmy głównie tych, których i tak stać i którzy kliknęli szybciej.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.