Stellantis zrzuci płonący balast. Postaraj się nie nadepnąć
Problem z palącymi się bateriami w pojazdach elektrycznych nie jest nowy. Mimo że jego skala jest często rozdmuchiwana daleko ponad miarę, samo zjawisko żyje w świadomości konsumentów. Stellantis to kolejny producent, który postanowił na to zareagować.

Pomysł jest prosty. Kierowca albo ratownik naciska przycisk, akumulator trakcyjny odpina się i spada na jezdnię, a samochód oddala się od niego o własnych siłach, zasilany z instalacji 12 V. Stellantis ma na to amerykański patent, przyznany w czerwcu. Stoi za nim żelazna logika: skoro bateria jest źródłem zagrożenia, trzeba ją oddzielić od samochodu.
Koncepcja obiegła w tym tygodniu pół internetu. Część portali opisywała go jako system wyrzucający baterię po wykryciu zagrożenia. Po uważniejszej lekturze okazuje się, że sam dokument patentowy mówi jednak coś innego.
Przycisk, dwie ramy i pirotechnika
Dokument nosi tytuł „High-voltage battery quick release system for vehicle” i należy do FCA US, czyli amerykańskiej spółki Stellantisa. Wniosek trafił do urzędu w marcu 2023 r., a ochrona patentowa została przyznana w czerwcu tego roku.
Sekwencja ma być wyzwalana poprzez ręczne uruchomienie przełącznika szybkiego zwalniania, czyli dźwigni, fizycznego guzika albo przycisku na ekranie. Sterownik odetnie akumulator wysokonapięciowy i zwolni go mechanicznie. We wniosku opisano dwa możliwe sposoby: przeciwstawne ramy, które przesuwają się względem siebie aż do rozłączenia, oraz mocowania pirotechniczne, czyli śrubę z nakrętką i ładunkiem odpalanym prądem.

Bateria spada na ziemię, a specjalny moduł sterownika podłącza silnik elektryczny do akumulatora niskiego napięcia, dzięki czemu pojazd może oddalić się od niebezpiecznych ogniw na z góry upatrzoną pozycję. Jak daleko? Tego dokument nie precyzuje.
Moc sprawcza ręki człowieczej
Kluczowy w tym opisie jest fakt, który w wielu relacjach gdzieś się zagubił – to nie jest układ automatyczny. W opisie nie ma czujników ani innych elementów samodzielnie wyzwalających zrzucenie baterii. Uruchomienie procedury ma wymagać świadomego naciśnięcia odpowiedniego elementu sterowania.
W założeniach przełączniki mogą być dwa. Jeden – rzecz jasna – znalazłby się w kabinie. Drugi mógłby być montowany w bagażniku, tak aby mogła z niego skorzystać osoba postronna albo ratownik.
Nie przewidziano też warunku, żeby pojazd stał, co odróżnia to rozwiązanie od projektów Hyundaia i Kii, gdzie pakiet zwalniany jest przez sterownik po sygnale z czujnika pożaru, a jeden z opisanych wariantów uzależnia zwolnienie od tego, czy pojazd się przemieszcza. U Stellantisa decyzja należy wyłącznie do człowieka i teoretycznie może zapaść w dowolnym momencie, także w ruchu.
Na rysunkach coupe bez nazwy
Sam patent nie oznacza oczywiście, że Stellantis zamierza montować tego typu system w nadchodzących modelach. Ilustracje pokazują dwudrzwiowe coupe o liniach przypominających Dodge'a Challengera, choć opis nazywa je po prostu samochodem osobowym.
Ważniejsze jest, po co to w ogóle powstało. Samo istnienie patentu pokazuje, że koncern bada nowe sposoby radzenia sobie z jednym z najbardziej złożonych scenariuszy bezpieczeństwa związanych z bateriami wysokiego napięcia. W razie zdarzenia pożarowego samochód często trafia do kasacji ze względu na fakt, że bateria jest z nim sztywno połączona. Chodzi więc nie tylko o zwiększenie bezpieczeństwa ludzi, ale też o uratowanie pojazdu.
Balast na drodze
No dobrze, tylko w takim scenariuszu na jezdni zostaje pakiet w trakcie ucieczki termicznej. Waży setki kilogramów, jest gorący i potrafi zapalić się ponownie po wielu godzinach. W garażu podziemnym, na parkingu pod blokiem albo w ciasnej zabudowie to przesunięcie problemu o kilka metrów, a nie jego usunięcie. A przy tym stworzenie potencjalnego zagrożenia dla wszystkich dookoła.

Sam opis zawiera przy tym dość humorystyczny smaczek: jeżeli pakiet jest szerszy niż rozstaw tylnych kół, auto może częściowo po nim przejechać w trakcie odjazdu. Trudno o lepsze potwierdzenie tego, że to nie jest jeszcze dopracowane rozwiązanie, a pomysł istnieje na razie wyłącznie na papierze.
Wersja pokazana rok temu w Chinach na Chery iCar 03T była jeszcze bardziej spektakularna, bo tam generator gazu miał wystrzeliwać pakiet baterii w bok samochodu. Chery natychmiast odcięło się od tego pomysłu. Stellantis przynajmniej niczym nie strzela.
Koncern ma już na koncie patent na wydech w samochodzie elektrycznym, odprowadzający na zewnątrz gazy z przegrzanej baterii. Jak widać, poszukiwania trwają, a problem jest całkiem konkretny. Stellantis wzywał już do serwisów 90 tys. hybryd plug-in w związku z ryzykiem pożaru baterii, a rok później prawie 200 tys. Jeepów 4XE, po serii samozapłonów w zaparkowanych autach. Koncern ma więc bardzo praktyczne powody, żeby szukać rozwiązań.
Tyle że odpowiedzią na płonący akumulator nie jest przycisk, który go katapultuje, zostawiając problem na środku drogi innym. Jest nią bateria, która się nie pali.
Zdjęcie główne powstało z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.