REKLAMA

AI jest gorsza niż handlarz ze Słomczyna. Wydano ostrzeżenie

Amerykański urząd ds. handlu ostrzega przed salonami samochodowymi sklonowanymi przez sztuczną inteligencję. W Polsce nie trzeba się nawet starać, bo portale ogłoszeniowe same generują opisy aut, zdjęcia wypluwa agent, a wideo powstaje z powietrza.

AI jest gorsza niż handlarz ze Słomczyna. Wydano ostrzeżenie

Kupowanie używanego auta zawsze przypominało wizytę u wróżki. Sprzedający mówi to, co chcesz usłyszeć, ty udajesz, że wierzysz, a prawda wychodzi na jaw kilka tygodni później na stacji diagnostycznej. Mogłoby się wydawać, że gorzej już być nie może. Otóż może, bo do stołu przysiadła się sztuczna inteligencja.

Amerykańska Federalna Komisja Handlu wydała 1 września ostrzeżenie dla kupujących auta w sieci. Oszuści klonują strony prawdziwych dealerów: logo, listę pojazdów, fotografie, czasem dorzucają zmyślone opinie klientów. Do klonowania używają oczywiście AI. Klientów wabią rzadkimi muscle carami i trudnymi do zdobycia klasykami, a całość dopełnia drobiazgowy opis procedury zakupu i obietnica elastycznego zwrotu.

Urząd zaleca standardową procedurę: wpisać nazwę sprzedawcy w wyszukiwarkę (najlepiej razem ze słowem „scam”), poprosić o możliwość obejrzenia auta na żywo i uciekać, gdy ktoś domaga się przedpłaty wyłącznie przelewem. Wygląda na oczywistość.

Tymczasem nie tak dawno media donosiły o kliencie z Karoliny Północnej, który przelał takiemu wygenerowanemu sprzedawcy ponad 77 tys. dolarów za Lexusa GX 550, którego nie było. Przez ponad tydzień dostawał zdjęcia, dokumenty i uprzejmą obsługę. Prawdziwy komis, od którego oszuści „pożyczyli” tożsamość, dowiedział się o wszystkim z pretensji.

I, niestety, to nie jest pojedynczy przypadek. Doniesień o oszustwach związanych z klonowaniem salonów jest coraz więcej, a na dodatek stają się one coraz bardziej zaawansowane. Oszuści tworzą dokładne repliki stron internetowych salonów, włącznie ze stanami magazynowymi, zdjęciami pracowników, a nawet opiniami pisanymi przez AI. Niektórzy oferują nawet zestaw sfałszowanych dokumentów, takich jak raporty pojazdów i dodatkowe zdjęcia, żeby stłumić wszelkie wątpliwości.

U nas sztuczna inteligencja zaczęła od zdjęć

Zanim ktokolwiek w Polsce zabrał się za klonowanie salonów, AI weszła do ogłoszeń od najprostszej strony. Nie tak dawno opisywaliśmy ogłoszenie Fiata Barchetty, w którym wszystkie fotografie były wygenerowane. I nie mówimy tu o retuszu czy podmianie tła, tylko o obrazkach zrobionych od zera. Z eleganckiego roadstera wyszedł tam Boxster dla ubogich, a danych z ogłoszenia nie udało się potwierdzić w bazie pojazdów.

I to jest znak naszych czasów. Wcześniej wystarczało trochę Plaka, dobre światło, mokry asfalt i szeroki kąt. Cała ta szkoła fotografii komisowej, którą rozpoznaje się na pierwszy rzut oka, opierała się jednak na tym, że auto trzeba najpierw postawić przed obiektywem. Teraz nie trzeba nawet tego.

Portale nie widzą problemu

Najsmutniejsze jest to, że nad usprawnieniem tego procesu najciężej pracują nie oszuści, a same serwisy sprzedażowe. Otomoto wprowadziło automatyczny opis – sprzedający wpisuje dane, które i tak musi wpisać, a treść ogłoszenia pojawia się sama. Portal chwali się, że oferty publikuje się dzięki temu nawet o 36 proc. szybciej.

Do tego dochodzi generator wideo, który składa filmik z galerii zdjęć, oraz AutoIQ, czyli system dla klientów biznesowych, który rozpoznaje markę, model i rok produkcji ze zdjęć, a przebieg odczytuje wprost z licznika. Prywatny sprzedawca dostaje mniej, ale za to za darmo. Sztuczna inteligencja uzupełnia dane z numeru VIN, pisze opis, a później wystarczy jedno kliknięcie, żeby opublikować taką ofertę.

Od niedawna swojego agenta ma też kupujący. AutoGPT to model Grupy OLX wytrenowany na danych serwisu. Dzięki temu do zapytań dokłada trendy wartości odsprzedaży i regionalne wzorce cen, których zewnętrzne modele nie znają. Wpisujesz „niezawodny rodzinny SUV” i dostajesz listę ogłoszeń. OLX twierdzi, że kupujący trafia dzięki temu na właściwe auto o co najmniej 20 proc. szybciej. Czyli po jednej stronie ogłoszenie pisze AI sprzedającego, a po drugiej czyta je AI kupującego. Klientowi zostaje tylko podpis na umowie i kluczyk.

Efekty widać już w zwykłych ogłoszeniach

Coraz częściej zamiast autentycznego opisu dostajemy AI-ową papkę o „sprawdzonym modelu, który cieszy się dużą popularnością wśród kierowców”. No i oczywiście oglądamy „atrakcyjną propozycję dla osób szukających solidnego auta”. A reszta to już zawartość ściągnięta z VIN-u albo wklepana przez właściciela w wymaganych rubrykach: kolor, pochodzenie, stan, skrzynia biegów. Człowiek dopisuje się dopiero na końcu – ważnym przeglądem i „więcej info pod numerem telefonu”.

Wychodzi z tego ogłoszenie, w którym opis napisała maszyna, wideo zmontowała maszyna, dane zaciągnęła maszyna, zdjęcia wygenerowała maszyna. Sprzedający wnosi do transakcji w zasadzie jedną rzecz: cenę. No i samochód, teoretycznie.

Nie twierdzę, że to oszustwo, bo technicznie to nie jest oszustwo. Serwisy wyraźnie piszą, że wygenerowaną treść należy sprawdzić i w razie potrzeby poprawić. Tylko że wszyscy wiemy, jak to działa w praktyce i ile osób weryfikuje cokolwiek, co pojawiło się na ekranie samo. „Darmowo, szybko i wygodnie” to zestaw, przy którym prawie nikt nie sprawdza niczego.

Najstarszy filtr, jaki mieliśmy

Kiedy wszystkie ogłoszenia zaczynają brzmieć identycznie, przestaje działać język. Sprzedający, który pisał „silnik na pasku, wymieniony w zeszłym roku, mam faktury”, mówił coś o sobie: że wie, co ma pod maską, i że zbiera papiery. Sprzedający, który wkleja akapit o dynamicznej sylwetce i bogatym wyposażeniu, nie mówi właściwie nic. Na pozór taki opis wygląda bardziej profesjonalnie, a w praktyce mogłoby go w ogóle nie być.

Uczymy się przy okazji ignorować sygnały ostrzegawcze. Odpicowane zdjęcia, natychmiastowa odpowiedź i uszyty na miarę opis jeszcze niedawno oznaczały, że sprzedawca wie, co sprzedaje, albo jest zawodowym handlarzem. Teraz nie znaczą nic.

Z drugiej strony, coraz więcej jest osób, które z zaciekłością graniczącą wręcz z obsesją tropią wszędzie roboty. Za oceanem doszło już ponoć do tego, że bezbłędna obsługa traktowana jest jak czerwona flaga. Sam zresztą usłyszałem kilka razy zarzut, że pewnie pisze za mnie AI, bo moje teksty nie zawierają błędów.

Zostaje nam więc metoda z epoki bazaru: pojechać, zobaczyć na własne oczy, pomacać, odpalić na zimno, kopnąć w oponkę. Czyli cała ceremonia, którą znamy sprzed czasów internetu. Teraz będziemy tak robić, bo internetu mamy aż za dużo.

Wyłudzenia przez komunikator były tylko rozgrzewką, a przekręt ze zdjęciami przeklejonymi na niemiecki portal wygląda dziś jak robota amatora. Teraz AI wygeneruje salon, wstawi do niego wygenerowane auto, opisze je wygenerowanymi formułkami i wyświetli wygenerowany film z pracą silnika.

Jedyna rzecz, której nie da się wygenerować, to rdza pod palcem. Na razie.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.