Dwa Range Rovery przechodzą do historii. W Konstancinie żałoba
Range Rover wycofuje dwa najtańsze modele i nie szykuje następców. Od przyszłego roku furtką do marki stanie się elektryczny GT za ponad 90 tysięcy funtów. Dla księgowych producenta to świetna wiadomość. Dla reszty – koniec pewnej ery.

Są marki, które chcą sprzedawać więcej, i są takie, które chcą sprzedawać drożej. Range Rover właśnie bardzo wyraźnie obrał tę drugą ścieżkę. Po 2027 roku z gamy znikną Evoque i Velar – dwa SUV-y, które przez ostatnią dekadę wpuszczały do świata brytyjskiej motoryzacji ludzi bez fortuny na pełnowymiarowego krążownika. Następców nie będzie. Kropka.
Szef Range Rovera przyznał wprost, że oba auta są u kresu swojego cyklu życia, a marka nie zamierza dłużej obstawiać tak szerokiego wycinka rynku. Zamiast pięciu modeli zostaną trzy: duży Range Rover, mniejszy Range Rover Sport i zupełnie nowy GT. Mniej aut, wyższe ceny, większy prestiż – taki jest masterplan na papierze.
Logika lodowato korporacyjna
JLR rozbił dawną markę Land Rover na trzy osobne byty – Range Rover, Defender i Discovery – i każdemu przypisał odrębną półkę. Range Rover dostał tę najwyższą. Zamiast gonić za wolumenem, producent woli sprzedać mniej aut, ale zgarnąć na każdym z nich grubszą marżę. Evoque i Velar, choć latami ciągnęły sprzedaż, do tej układanki już nie pasują.

Trochę szkoda, bo akurat Evoque ma swoje zasługi. To on w zeszłej dekadzie napędzał wzrost całej firmy, dźwigał jej wolumen i zrobił z Range Rovera markę, którą zaczęło kojarzyć grono nieco szersze niż tylko rezerwowi piłkarze Premier League.
Velar z kolei zachwycał sylwetką i udowadniał, że można być pięknym SUV-em bez zbędnego hałasu. Oba modele odchodzą teraz na własnych, korporacyjnych warunkach – produkcja potrwa do 2027 roku, a potem zapadnie kurtyna.
Jak zmiany, to na grubo
Wejściowy Range Rover nowej ery nie ma nic wspólnego z Evoque. GT będzie nisko poprowadzonym, czterodrzwiowym grand tourerem o sylwetce fastbacka, stworzonym na świeżej platformie EMA. Według doniesień wystartuje jako elektryk z ceną w okolicach 100 tysięcy funtów, a zapowiadana w dalszej kolejności hybryda ma zejść do mniej więcej 90 tysięcy – czyli do pułapu dzisiejszego Range Rovera Sport.

Innego wejścia do świata marki nie przewidziano, więc poprzeczka pójdzie ostro w górę. Szefostwo przyznaje zresztą, że tak szeroko zakrojony projekt to tak naprawdę test, co w korporacyjnym języku znaczy mniej więcej tyle, że w samym Gaydon najwyraźniej nie do końca wiedzą, jak to się przyjmie.
Samo auto z zewnątrz wygląda zjawiskowo, ale w środku Range Rover poszedł na całość z cyfryzacją, co nie wszystkim przypadnie do gustu. Nie uświadczymy tam fizycznych przycisków, a między tylnymi fotelami wciśnięto kolejny ekran, więc o piątym pasażerze można zapomnieć. Luksus mierzony przekątną wyświetlacza, a nie liczbą miejsc.
Range Rover nie dla biedaków
A co z klientami, których na GT zwyczajnie nie stać? JLR odsyła ich piętro niżej – do marek Defender i Discovery, bo w nowej strukturze to one mają walczyć w tańszych segmentach. Już kilka lat temu pojawiła się zapowiedź małego Defendera, który ma być elektrycznym kuzynem Evoque'a z tego samego kompaktowego segmentu. Niby ta sama dyscyplina, a jednak spadek do niższej ligi.
Najtańszy nowy Evoque w salonie kosztuje dziś nad Wisłą grubo ponad 200 tysięcy zł. Pełnowymiarowy elektryczny Range Rover startuje od prawie 800 tysięcy zł, a świeży Sport Electric zaczyna od 580 000 zł i po dołożeniu kilku opcji bez trudu dobija do 900 tysięcy zł. Jeżeli to jest ten „przystępny” segment, który marka właśnie zamyka, to aż strach myśleć, co otwiera.

W podwarszawskich alejkach, gdzie Evoque pod bramą był odpowiednikiem dobrze skrojonej marynarki i „luksusu na wyciągnięcie ręki”, zapanowała żałoba. Bo oto znika samochód, który pozwalał nosić plakietkę Range Rovera bez podpisywania wieloletniego kredytu. Zostaje wybór: dołożyć do GT albo przesiąść się do Defendera i tłumaczyć sąsiadom, że „to w zasadzie to samo”.
Prawda jest taka, że „tani Range Rover” zawsze był lekkim mrugnięciem okiem. Teraz marka przestała mrugać. Z chudym portfelem i budżetem spinanym na agrafki to nie tu.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.