Problem z WORD-ami jest głębszy niż plac. "Maszynka, która musi mielić"
Rząd chce skasować plac manewrowy z egzaminu na prawo jazdy. I dobrze, tylko że prawdziwy problem leży gdzie indziej: niemal każdy WORD to osobna firma, która musi sama na siebie zarobić. A najłatwiej zarabia się na powtórkach.

W ostatnich miesiącach Ministerstwo Infrastruktury odmienia „plac manewrowy” przez wszystkie przypadki. Zapowiada reforma ma sprawić, że ta część egzaminu przejdzie do lamusa, a my będziemy opowiadać dzieciom o czasach, gdy „trzecia tyczka w lusterku, półtora obrotu kierownicą” brzmiało jak wiedza tajemna przekazywana z pokolenia na pokolenie. I wszystkim ponoć ma być łatwiej.
Tyle że likwidacja placu to leczenie kataru, kiedy pacjent ma zapalenie płuc.
Maszynka, która musi mielić
Sednem sprawy jest jedno zdanie, którego w najnowszym projekcie zmian próżno szukać: WORD-y same się finansują. Niemal cały ich budżet pochodzi z opłat egzaminacyjnych. Trudno więc nie zauważyć oczywistej zależności: egzamin niezdany oznacza kolejny egzamin. I jeszcze jeden. A czasem cztery następne.
Już dekadę temu NIK wyliczył, że około 90 procent przychodów ośrodków to pieniądze z egzaminów, a sporą część stanowią opłaty za poprawki. Każdy ośrodek jest osobną instytucją, samorządową wojewódzką osobą prawną, która ma własny budżet do spięcia. Pensje, paliwo, serwis, prąd, remonty placu – to wszystko musi się z czegoś wziąć.
A z czego najłatwiej? Z drugiego, trzeciego i siódmego podejścia tej samej osoby.
Krytycy obecnej formy od lat wskazują, że cały system jest tak ustawiony, że ostrożność opłaca się ośrodkowi, a nie zdającemu. Im niższa zdawalność, tym więcej powtórek, a każda powtórka to kolejne 200 złotych w kasie.

I tak nam kwitnie turystyka egzaminacyjna. No bo skoro wolno zdawać w dowolnym WORD-zie w Polsce, to kandydaci od lat rozwiązują problem po swojemu: sprawdzają statystyki zdawalności i jadą do miasta, gdzie szanse są większe. W żadnym normalnym systemie państwowy egzamin nie powinien przypominać wyszukiwania promocji na bilety lotnicze.
Warszawiacy jadą do Ostrołęki albo Łomży, gdzie mniej tramwajów, mniej remontów i mniej okazji, żeby się na czymś potknąć. Łodzianie uciekają do Sieradza albo Kutna. Powstały całe „wakacje za prawem jazdy” – kurs plus egzamin w małym mieście, do którego kursanci dojeżdżają nawet z drugiego końca kraju. Zdawalność stała się produktem, a nie miarą umiejętności.
Pomysł sprzed lat, o którym dziś cisza
Co ciekawe, już lata temu pojawił się pomysł, żeby pieniądze z egzaminów nie zostawały w ośrodku, tylko trafiały do budżetu państwa – a samo egzaminowanie byłoby oddzielone od finansowania. Logika była prosta: jeśli o pieniądzach decyduje kto inny niż ten, kto wystawia oceny, znika pokusa „wyciskania” przychodu z oblanych. Powoływano nawet zespoły, pisano interpelacje, NIK punktował brak transparentności. I co? I nic. Rozwiązanie było tanie, więc – jak to u nas – mało atrakcyjne.

Obecny projekt tego wątku w ogóle nie rusza. Minister milczy. Ustawa ma stworzyć centralne Centrum Egzaminowania do pytań i nadzoru nad bazą, zlikwidować starą komisję i dorzucić radę konsultacyjną. Wszystko fajnie, tylko że WORD jako samofinansująca się wyspa zostaje bez zmian. Leczymy objaw i udajemy, że przyczyna sama zniknie.
Dodatkowy trop, który też gdzieś przepadł
Był jeszcze jeden pomysł, który mógłby coś zmienić bez wielkiej rewolucji: jawne, imienne statystyki konkretnych egzaminatorów. Brzmi nudno, dopóki nie zobaczy się liczb. W Piotrkowie Trybunalskim jeden egzaminator przeprowadził 891 egzaminów kategorii B, a zdało u niego 31 osób. W Ciechanowie podobnie. Gdyby takie dane były dostępne od ręki, każdy widziałby, u kogo zdaje się cudem, a u kogo to raczej rutyna.
Problem w tym, że dziś te liczby trzeba wyrywać WORD-om wnioskami o dostęp do informacji publicznej – robi to na własną rękę garstka zapaleńców, bo państwo samo z siebie ich nie publikuje. A w projekcie nowych przepisów, mimo całej gadki o „transparentności i rozliczalności”, tych zmian też próżno szukać. Jawne mają być pytania. Egzaminatorzy – niekoniecznie.
Bez tego „rzeźnicy” nadal ostrzą swoje noże i dopóki nie wywoła się ich imiennie, dzień po dniu przeprowadzają masowe egzekucje na kandydatach na kierowców.
I to jest właściwie cała ta reforma w pigułce. Znika plac, bo to dobrze wygląda w nagłówku i naprawdę nikomu go nie szkoda. Zostaje za to konstrukcja, w której instytucja zarabia na tym, że oblewa, a ty masz prawo objechać pół Polski w poszukiwaniu łaskawszego miasta.
Plac manewrowy był najbardziej widoczny, więc poległ pierwszy. Szkoda tylko, że łatwiej skasować prostokąt namalowany na asfalcie niż mechanizm, który zamienił egzamin państwowy w model biznesowy.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.