REKLAMA

Spadek cen aut elektrycznych szokuje. Hybrydy zazdroszczą trików

To już się dzieje. Globalnie ceny EV spadły poniżej cen hybryd. U nas też spadają, ale na ogłaszanie rewolucji rynkowej jeszcze jednak za wcześnie. Mimo spadku cen o jedną piątą zakup auta elektrycznego nadal potrafi zrujnować.

Spadek cen aut elektrycznych szokuje. Hybrydy zazdroszczą trików

Świat obwieścił przełom: średnia cena auta elektrycznego spadła poniżej średniej ceny hybrydy. Wchodzę więc do salonu obejrzeć auta elektryczne, skoro staniały. Przechadzam się, podaję sprzedawcy budżet, a ten patrzy na mnie jak na kogoś, kto właśnie zapytał, czy da się kupić pół samochodu.

Jak wyliczyła firma Mobility Global, średnia cena elektryka na świecie spadła do około 37 tysięcy dolarów, o 9 procent poniżej poziomu z 2020 roku, podczas gdy hybryda w tym samym czasie podrożała o 16 procent, do jakichś 39 tysięcy. Czyli po dekadzie opowieści, że prąd to fanaberia dla bogatych, to hybryda została droższą zabawką.

Główny powód jest prosty i są nim baterie. Pakiety do aut elektrycznych zjechały do rekordowych 99 dolarów za kilowatogodzinę. To efekt chińskiej nadprodukcji ogniw tak potężnej, że tamtejsi wytwórcy zaspokajają niemal cały światowy popyt na tanie ogniwa LFP. Zatem auta elektryczne nie potaniały, bo ktoś w Europie zmądrzał, tylko dlatego, że Chińczycy natłukli tanich baterii i rozesłali je po świecie.

Ceny w Chinach były najniższe (84 dolary za kWh), podczas gdy w Ameryce Płn. i Europie były wyższe o 44% i 56%, co jest kluczowym powodem, dla którego spalinówki w tych regionach wciąż kosztują mniej niż ich elektryczne odpowiedniki.

Polska rządzi się własnymi prawami

W 2025 roku średnia ważona cena nowego samochodu elektrycznego w Polsce wyniosła 199 945 zł. To spadek o 21 procent rok do roku i pierwszy raz, gdy zjechała poniżej dwustu tysięcy. Można otwierać szampana, przynajmniej dopóki nie rozejrzy się wokół. Bo przeciętne nowe auto sprzedane w Polsce w tym samym roku kosztowało 185 182 zł. Czyli EV dalej powyżej średniej. Rewolucja z gwiazdką.

Ta gwiazdka nazywa się „NaszEauto”. Rządowy program, w którym dało się zgarnąć do 40 000 zł dopłaty do zakupu, wygenerował blisko 40 tysięcy wniosków i wyczerpał budżet, zanim ktokolwiek w ministerstwie zdążył się zdziwić. Nie dziwi za to fakt, że odcisnął swoje piętno na krajowym rynku.

Efekt uboczny bywał komiczny. Gdy dopłaty się skończyły, ceny niektórych modeli wręcz runęły. Volkswagen ID.7 potaniał z 197 890 zł do 157 890 zł, o równe 40 000 zł – czyli dokładnie tyle, ile wynosiła maksymalna dopłata. Cóż za zbieg okoliczności.

Efekt chińczyków

Kiedy skończymy bawić się liczbami, szybko okazuje się, że statystyka mówi jedno, a portfel drugie. Bo z tych wszystkich tabelek, zestawień i porównań można naprawdę sporo wyczytać.

W oczywisty sposób sytuację kształtują chińskie marki, ale nie tak, jak można by się spodziewać. Nie chodzi o to, że nagle dostaliśmy luksus za grosze. Denza Z9 GT, chińska limuzyna od BYD, kosztuje w wersji elektrycznej 522 450 zł, czyli więcej niż bazowe Porsche Taycan. Chińczyk za pół miliona to nie jest rewolucja.

Prawdziwą robotę robi drobnica. BYD Dolphin Surf od 82 700 zł w promocji, Leapmotor T03, Citroen e-C3. Te maluchy odpowiadają za to, że elektryki z segmentów A i B stanowiły w 2025 roku aż 34,45 proc. rejestracji BEV – ponad dwa razy więcej niż rok wcześniej. I to właśnie one ściągają średnią w dół. Nie tylko topniejącymi cenami, ale też dlatego, że ktoś zaczął wreszcie sprzedawać małe, tanie auta obok monstrualnych i drogich SUV-ów.

Na tym jednak nie koniec, bo w obliczu takich zmian nie da się po prostu stać z boku i robić swoje. Średnia cena nowego chińskiego auta w Polsce w 2025 roku nie przekraczała 139 tysięcy zł. To o mniej więcej 47 tysięcy poniżej rynkowej średniej. Niezależne analizy potwierdzają, że gros oferty mieści się w widełkach od 100 do 140 tys. zł. Chińscy goście wymusili więc korektę cen, na którą europejscy producenci nie mieli ochoty przez dekadę.

Sentymenty kosztują

To też tłumaczy, dlaczego u nas ta rewolucja kuleje. Tam, gdzie nie ma naszych ceł ani sentymentu do rodzimego przemysłu, EV po prostu wygrywa ceną i nikt nie robi z tego debaty tożsamościowej. My ten sam spadek dostaliśmy z opóźnieniem i na kroplówce z dopłat.

Polski rynek dostał obniżkę, ale głównie dzięki cudzej hojności. Dopóki rząd dosypywał pieniędzy podatników, ceny stały wysoko. Gdy dopłaty się skończyły, część producentów sama obniżyła ceny, co oznacza, że wcześniej po prostu było za drogo.

Więc kiedy następnym razem ktoś powie wam, że „elektryki staniały”, przytaknijcie. A potem dopytajcie, względem czego, w którym segmencie i czy przypadkiem nie chodzi o auto wielkości pudełka po butach. Bo w Polsce prawda o cenach aut elektrycznych jest jak zasięg zimą – imponująca na papierze i szybko weryfikowana w praktyce.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.