Wyłączyli 850 fotoradarów. Szykują się wakacje życia
Jedziesz do Włoch i słyszysz, że wyłączyli tam 850 fotoradarów. Trudno w pierwszym odruchu nie uznać tego za zaproszenie. Warto jednak ostudzić zapał i sprawdzić, ile urządzeń zostało włączonych. Bo to znacznie mniej przyjemna liczba.

Jest w tej wiadomości coś, co działa na kierowcę jak zapach espresso o poranku. Włochy wyłączyły 850 fotoradarów. Osiemset pięćdziesiąt sztuk mniej na malowniczych, krętych trasach do Rimini, Toskanii i nad jezioro Garda. Człowiek od razu widzi oczami wyobraźni, jak mknie serpentyną w stronę morza, a wzdłuż drogi sterczą kolejne martwe skrzynki, którym można z satysfakcją pomachać.
Tyle że to złudzenie, i to dość okrutne. Bo jeśli 850 urządzeń idzie spać, to znaczy, że reszta właśnie dostała błogosławieństwo państwa. A ta reszta to naprawdę sporo.
Dziurawe przepisy
Zacznijmy jednak od tego, dlaczego w ogóle cokolwiek wyłączono. Cała awantura ciągnie się od wyroku, który narobił więcej zamieszania niż korek na obwodnicy Neapolu. W 2024 roku Sąd Kasacyjny uznał, że mandaty z fotoradarów, które zostały tylko zatwierdzone, ale nie mają pełnej homologacji, są nieważne. Sprawa dotyczyła gminy Treviso, która dziś – o ironio – i tak siedzi w pierwszej dziesiątce miast najwięcej zarabiających na mandatach.
Różnica między zatwierdzeniem a homologacją brzmi jak włoska kłótnia o przepis na carbonarę, ale ma konkretne skutki. Zatwierdzenie potwierdza, że dany model fotoradaru jest generalnie w porządku. Homologacja potwierdza, że to konkretne urządzenie na tym konkretnym słupku zostało przebadane według norm. Włoskie państwo przez lata poprzestawało na tym pierwszym, bo brakowało dekretu technicznego, który w ogóle umożliwiałby to drugie.

Efekt był do przewidzenia. Kierowcy zaczęli masowo się odwoływać, a gminy zapobiegawczo gasiły radary, nie czekając na wyrok w swojej sprawie. Sytuacja zrobiła się na tyle absurdalna, że pod włoskim niebem zdarzył się nawet mandat za rzekome 703 km/h Fordem Focusem. W Polsce mielibyśmy z tego materiał na trzy sezony serialu.
Żeby było ciekawiej, sami włoscy sędziowie nie mówią jednym głosem. W marcu 2026 roku Kasacja orzekła, że mandat może być jednak ważny nawet bez homologacji, o ile urządzenie było regularnie kalibrowane. Kierowca z Pescary, który ciągnął sprawę latami, przegrał i do mandatu dopłacił jeszcze 550 euro kosztów. Nie każde odwołanie to darmowy los na loterii.
Czas to posprzątać
Minister transportu Matteo Salvini w końcu zakasał rękawy. Dekret z 8 czerwca 2026 r. miał wreszcie zrobić porządek, wprowadzając jednolite procedury homologacji, weryfikacji i kalibracji. Sam minister obiecywał, że kontrole mają służyć bezpieczeństwu, a nie dojeniu obywateli z kasy. Prawo weszło w życie 12 lipca, w środku sezonu wakacyjnego. Taki zbieg okoliczności.
Wróćmy jednak do tych słynnych 850 wyłączonych urządzeń, bo to jest sól tej historii. W sumie we Włoszech zarejestrowanych jest około 4000 fotoradarów. Wyłączono 850 z nich, czyli te, którym brakuje homologacji albo dokumentacji. Znaczy to, że aktywnych zostaje mniej więcej 3150. Innymi słowy, ponad trzy czwarte urządzeń pozostaje na posterunku. A to już brzmi zdecydowanie mniej zachęcająco.
Włoska żyła złota
Skuteczność tego parku robi wrażenie. W samym 2025 roku włoskie mandaty za prędkość przyniosły państwu ponad 284 miliony euro. Bezkonkurencyjnym liderem jest Florencja, która sama zainkasowała blisko 20 mln euro – ponad dwa razy więcej niż druga Bolonia i prawie trzy razy więcej niż Mediolan. Sama pierwsza dziesiątka miast zebrała 63,6 miliona euro, czyli grubo ponad ćwierć miliarda złotych.
Dla polskiego turysty najważniejsze są natomiast nie miliony trafiające do gmin, tylko własny portfel. Mandat za przekroczenie prędkości o 20 km/h startuje we Włoszech od 175 euro, czyli około 760 złotych. Za ponad 50 km/h powyżej limitu zapłacisz minimum 545 euro, a więc jakieś 2367 złotych. W nocy, między 22 a 7, stawki rosną o jedną trzecią. Jest jedna pociecha: jeśli zapłacisz w ciągu pięciu dni od wezwania, dostaniesz 30 procent rabatu. Wakacyjna promocja, na której nikt nie chce skorzystać.

I nie ma co liczyć na to, że mandat rozpłynie się w drodze do Polski. Włochy i Polska korzystają z tej samej unijnej platformy wymiany danych o pojazdach, więc list z fotografią auta potrafi dojechać nad Wisłę nawet rok po wykroczeniu. A przedawnienie liczy się w latach, nie w tygodniach urlopu.
Ironia polega na tym, że nad Wisłą sami mamy z egzekucją pod górkę – nasz resort przyznaje, że karą kończy się ledwie połowa zarejestrowanych wykroczeń. Na włoską pobłażliwość jednak nie licz.
Co ta cała historia mówi o wyjeździe na południe? Otóż mówi tyle, że nagłówek robi to, co iluzjonista – kieruje twój wzrok na 850 wyłączonych urządzeń, żebyś nie liczył reszty. Owszem, część fotoradarów poszła na przymusową drzemkę, ale zdecydowana większość działa, i to teraz z dekretem w garści.
Wakacje życia na Półwyspie Apenińskim są jak najbardziej możliwe. Pod warunkiem, że pedał gazu potraktujesz z takim samym umiarem jak kieliszek limoncello po obiedzie.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.