Wlali do aut benzynę bez kropli ropy. Rusza wielki test
Toyota, BMW, Bosch i Repsol wlały do dwudziestu aut benzynę bez kropli ropy i puściły je w normalny ruch na hiszpańskich drogach. Brzmi jak rewolucja, ale w praktyce to raczej starannie wyreżyserowany spektakl.

Nauczyłem się nie ekscytować motoryzacyjnymi „przełomami”, bo większość z nich nigdy nie wychodzi poza slajdy w prezentacji. Ten miał być inny: prawdziwe auta, prawdziwe drogi, prawdziwa benzyna bez kropli ropy. Toyota, BMW, Bosch i Repsol puściły dwadzieścia takich sztuk na ulice Hiszpanii. I rzeczywiście jeżdżą. Tylko po co – to już zupełnie inna historia.
Zacznijmy od konkretów: 20 aut Toyoty i BMW, sześć miesięcy w prawdziwych korkach, a w baku Nexa 95 od Repsola – benzyna, która nie pochodzi z odwiertu, tylko z oleju posmażalniczego i biomasy. Według producenta takie paliwo przekłada się na emisję CO2 o ponad 70 proc. niższą w całym cyklu życia. Do tego Bosch dorzuca cyfrowy system śledzenia, który pilnuje, żeby nikt po drodze nie dokarmił baku zwykłą Pb95. Bo pokusa, jak to w życiu, będzie.
Motoryzacyjni Avengersi oficjalnie sprawdzają, czy można na stacji zatankować zużyty olej po frytkach i jechać dalej, jakby nigdy nic. A wszystko to w ramach ratowania silnika spalinowego. Obietnica jest piękna. Drobny druk – mniej.
Inni już to robią
Zanim ktoś krzyknie „rewolucja”, warto ostudzić emocje. Porsche od 2022 roku ma w Patagonii własną fabrykę paliwa syntetycznego. Leje je do wyścigowego 911, robi mu sesję na tle turbiny wiatrowej i opakowuje to w okrągłą narrację o ratowaniu spalinówki.
Problem w tym, że ta chilijska fabryka wypluwa raptem 130 000 litrów rocznie. To tyle, ile jedna średnia stacja sprzedaje mniej więcej w dwa tygodnie. A cena za litr takiego syntetyka jest kompletnie nierealna w kontekście codziennej jazdy.

Z kolei Mazda ściga się w Japonii swoją MX-5 na biopaliwie z alg i zużytego oleju. Repsol od miesięcy sprzedaje w pełni odnawialnego diesla na ponad półtora tysiąca stacji w Hiszpanii i Portugalii. Nowego jest tu więc tyle, że benzyna w końcu dołączyła do diesla, a przy okazji wyjechała poza tor wprost w hiszpańskie korki.
Chodzi o Brukselę, nie o twoją Corollę
Trudno nie odnieść wrażenia, że projekt ma znaczenie nie tylko technologiczne, ale również (a może przede wszystkim) polityczne. W grudniu Komisja Europejska zaproponowała złagodzenie wcześniejszego podejścia i pozostawienie furtki dla pojazdów zasilanych paliwami neutralnymi klimatycznie, w tym e-paliwami i biopaliwami. Cztery koncerny właśnie zbierają amunicję na kolejne rundy tej wojny.
A jest o co walczyć. Po drogach jeżdżą miliardy spalinówek, które nie wyparują z dnia na dzień, a odnawialną benzynę można wlać do każdej z nich bez żadnej przeróbki.
Najciekawsze jest to, że pierwszy odruch – „pewnie kosztuje fortunę” – jest błędny. Nexa 95 jest obecnie droższa od zwykłej Pb95 raptem o dziewięć eurocentów na litrze. Przy pełnym baku to różnica rzędu kilkunastu złotych. Problem nie leży więc w cenie. Leży w tym, z czego to paliwo powstaje.
Biopaliwa to ciekawostka
Odnawialna benzyna Repsolu to nie magia, tylko przetworzony olej po frytkach i rolnicze odpadki. Tego jest dokładnie tyle, ile jest – i nie przybędzie, choćby nie wiem jak kusiła cena. Zużytych olejów nie starcza dziś nawet dla lotnictwa i żeglugi, które biją się o ten sam surowiec, a co dopiero dla setek milionów aut.
Bruksela zresztą sama to policzyła. Unijne regulacje zakładają bardzo ograniczoną rolę biopaliw opartych na odpadach, ponieważ dostępność surowców takich jak zużyte oleje spożywcze pozostaje znikoma w skali całego rynku paliw.

Reszta to paliwa syntetyczne – robione z wody, prądu i dwutlenku węgla. Syntetyków da się teoretycznie nawarzyć bez końca, ale to już zupełnie inne koszty. To dlatego dotąd chwalą się nimi głównie marki, które sprzedają auta za grube setki tysięcy – przy takim koszcie paliwa tylko one mają klientów gotowych za to zapłacić.
Większość analiz branżowych wskazuje, że do 2035 roku paliwa odnawialne prawdopodobnie wystarczą jedynie dla niewielkiej części europejskiej floty pojazdów. Bruksela zresztą bierze pod uwagę cały koszyk – obok syntetyków także zaawansowane biopaliwa. Kierunek jest więc jasny: silnik spalinowy nie zniknie, ale będzie musiał pić coś innego. Pytanie tylko, skąd to coś innego wziąć i ile to będzie kosztować.
A wracając do naszego pilotażu – on nie ma udowodnić, że to tanie. Ma udowodnić, że to w ogóle działa, i tym argumentem podeprzeć producentów w brukselskim przeciąganiu liny.
Sztuka dla sztuki
Spójrzmy na to z fotela kierowcy z piętnastoletnim autem na osiedlowym parkingu. Dla niego odnawialna benzyna brzmi idealnie: tania jak zwykła, wlewa się prosto z dystrybutora, bez wymiany auta i bez grzebania w silniku. Tyle że dziś jedyne miejsce, gdzie zatankuje ją legalnie i publicznie, to garstka stacji pod Madrytem i Barceloną.
Do Polski to paliwo nieprędko dojedzie, a gdy już dojedzie, i tak nie wystarczy go dla wszystkich chętnych. Cena jest tu tylko jednym z całego wachlarza problemów.
Więc tak: benzyna z odpadów naprawdę jeździ, jest tania i od wytworzenia do spalenia produkuje znacznie mniej CO2. Można się zachwycić, dopóki nie padnie niewygodne pytanie o to, czy jest jej wystarczająco dużo. Pilotaż zawsze wygląda pięknie na dwudziestu samochodach w hiszpańskim słońcu. Schody zaczynają się przy prawie trzystu milionach aut, które dziś jeżdżą po Europie.
Dlatego zanim uwierzycie, że benzyna z frytkownicy naprawdę uratuje waszą ukochaną spalinówkę, warto wczytać się w drobny druczek, bo to tam siedzą te wszystkie niewygodne znaki zapytania.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.