Obejrzałem rondo namalowane na asfalcie w Łodzi. Kosztowało 1 mln zł
Wystarczyło zaledwie kilkanaście dni, żeby na łódzkiej ulicy Dąbrowskiego zmaterializowało się nowiutkie rondo turbinowe. Bez koparki, bez kwietnika na środku, bez krawężników, za okrągły milion zł. Pojechałem sprawdzić, co właściwie kupiliśmy za te pieniądze.

Milion zł za kilkanaście dni malowania. Gdybym wystawił sąsiadowi taki rachunek za pomalowanie płotu, zadzwoniłby po prokuraturę. Tutaj wszyscy kiwają głowami i mówią: procedury.
Na skrzyżowaniu Dąbrowskiego i Lodowej w Łodzi jest teraz rondo turbinowe. Prace trwały kilkanaście dni i według wszelkich doniesień kosztowały milion zł. Urzędnicy nie widzą żadnego problemu. Ba, wręcz uspokajają, że to i tak wersja promocyjna, bo pełna przebudowa pochłonęłaby 5-6 mln zł.
Trzy dni wcześniej ten sam magistrat podawał widełki 5-7 mln zł. Milion różnicy w komunikacie o cenach to najwidoczniej nieistotny margines błędu. A my mamy się cieszyć, że zapłaciliśmy mniej więcej jedną szóstą ceny prawdziwej przebudowy.
Lista zakupów: farba, blacha i słupki
Za ten milion dostaliśmy bowiem projekt stałej organizacji ruchu i jego wdrożenie, czyli nowe oznakowanie pionowe oraz poziome, rozciągnięte nie tylko na samo rondo, ale na odcinek od Tatrzańskiej do Puszkina. Do tego azyle dla pieszych, przejazdy dla rowerzystów i prawoskręty omijające skrzyżowanie. Powodem było 30 zdarzeń drogowych, do których doszło tu w ostatnich latach, także z udziałem pieszych.
I żeby było jasne – nie kwestionuję zasadności ronda w tym miejscu. Mieszkałem stamtąd dosłownie rzut beretem i wypadki, również śmiertelne, faktycznie się tam zdarzały. Na tej długiej prostej, zaraz za zjazdem z wiaduktu, z przejściem dla pieszych przez cztery pasy ruchu, trzeba było jakoś utemperować zapędy kierowców. Rondo to bodaj najtańszy sposób.

Tyle tylko, że całą tę listę zakupów da się odhaczyć w hurtowni. W ramach „inwestycji” przybyły bowiem znaki pionowe i trochę farby na asfalcie. Ani jednego krawężnika. Ani jednego przesuniętego centymetra jezdni. Ani jednej doniczki z usychającym krzaczkiem. Postawiono co prawda na środku znaki ze strzałkami kierującymi ruch, ale w taki sposób, że mistrzowie prostej nocą będą mogli bez większych problemów kontynuować swoje popisy w tym miejscu.
Jeszcze we wrześniu miasto mówiło o przebudowie skrzyżowania i przyznawało, że niektóre przejścia dla pieszych prowadzą w tej okolicy przez cztery pasy ruchu. Miesiąc później przebudowa zmaterializowała się w postaci zestawu linii.
Holendrzy by się zdziwili
Rondo turbinowe to wymysł holenderski sprzed 30 lat. Tamtejsze wytyczne wymieniają zestaw cech definiujących ten typ skrzyżowania, wśród których znalazły się między innymi wyniesione separatory pasów jezdni.
Ich rola jest zasadnicza: kierowca fizycznie nie może zmienić pasa w środku ronda, więc nie ma jak nikomu zajechać drogi. Na Dąbrowskiego jest płasko niczym na jeziorze Bonneville, co oczywiście też sprzyja biciu lokalnych rekordów prędkości.
Bez separatorów zostaje zwykłe rondo dwupasowe w ładniejszym makijażu. I to nie jest wyłącznie moje wrażenie. Elżbieta Macioszek – polska badaczka inżynierii ruchu drogowego, specjalizująca się w rondach – porównała polskie ronda turbinowe z wyniesionymi separatorami z tymi, w których separator zastąpiono szeroką linią ciągłą.
Te drugie wypadły pod względem bezpieczeństwa podobnie jak zwykłe ronda dwupasowe. Na rondach z malowanym separatorem zderzenia boczne stanowiły 56 proc. wszystkich zdarzeń, a tam, gdzie postawiono wyniesienia – 24 proc.
Jest też twardsza liczba: z modeli zbudowanych na dziewięciu polskich rondach turbinowych wynika, że przy tym samym natężeniu ruchu brak wyniesionego separatora oznacza o 59 proc. więcej kolizji ogółem, a zdarzeń z samymi stratami materialnymi – o 64 proc.
Czyli miasto wydało milion zł na kilka arkuszy blach i wiaderek farby składających się na wariant, który w literaturze fachowej wypada wyraźnie gorzej. Za to szybko.
Linia ciągła kontra pamięć mięśniowa
Formalnie wszystko gra. Linia ciągła P-2 oznacza zakaz przejeżdżania przez nią i najeżdżania na nią, więc teoretycznie farba powinna w zupełności wystarczyć. Tyle że tak samo teoretycznie powinno wystarczyć ograniczenie prędkości czy przejście dla pieszych.

Praktycznie wszyscy doskonale wiemy, jak to się kończy. Kierowca, który przez dwanaście lat skręcał w tym miejscu zawsze tak samo, nie ogląda oznaczeń jezdni. On je przecież pamięta.
Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby obstawić pierwsze tygodnie: jazda z pamięci, koncert klaksonów i festiwal gestykulacji. Żeby nie być gołosłownym, przedwczoraj podjechałem zrobić zdjęcia i prawie przypłaciłem to stłuczką z Hyundaiem, który jechał na wprost Dąbrowskiego tak, jak jeździło się dotąd – na pewniaka, z pierwszeństwem.
Wzorki na asfalcie mogą działać przy większym natężeniu ruchu, bo jeśli jeden pas nagle skręci, to drugi nie ma wyjścia. Natomiast w godzinach nocnych, bez sznura samochodów ciągnących na wylotówkę w stronę Tomaszowa, farba przestaje istnieć. Można po niej ciąć z trzycyfrowymi prędkościami tak samo, jak odbywało się to dotychczas.
Do tego dochodzi jeszcze zima. Śnieg i błoto pośniegowe nie zasypią wyniesień i nie skumulują się tak, żeby krawężnik przestał istnieć. Co innego płaskie linie – te znikają pod warstwą białego puchu równie szybko co pieniądze w łódzkim budżecie.
Lokalni aktywiści skierowali sprawę do wojewody łódzkiego i poprosili policję o dane w trybie dostępu do informacji publicznej. Mają rację przynajmniej w jednym: komunikat prasowy to nie jest audyt bezpieczeństwa. Prawdziwy wynik tej inwestycji poznamy za kilka lat – w statystykach, a nie na zdjęciach z drona.
To nie jest wina jednego skrzyżowania
Najśmieszniejsze jest to, że Łódź nie wymyśliła niczego nowego. W Polsce mamy całą kolekcję rond, które są turbinowe, ale tylko trochę. W Bielsku-Białej rondo działa jak turbinowe dla jednego kierunku, a dla drugiego wcale. Warszawskie rondo Radosława ma oznakowanie pionowe, które w kilku miejscach nie zgadza się z poziomym. Wspólny mianownik zawsze ten sam: ktoś chciał efektu turbiny bez kosztów budowy turbiny.

Sprzyja temu fakt, że w polskich przepisach ronda turbinowego formalnie nie ma. Nie ma specjalnego oznakowania, nie ma odrębnego znaku, nie ma jednego standardu. Jest dobra wola projektanta i budżet, który zawsze okazuje się za mały – chyba że mowa o milionie na kilka wiader farby, bo wtedy nagle się znajduje.
Nie mam pretensji o to, że skrzyżowanie w ogóle zmieniono. Trzydzieści zdarzeń drogowych to powód, żeby zareagować, a nie żeby czekać na trzydzieste pierwsze. Mam pretensje o to, że zapłaciliśmy cenę poważnej interwencji za rozwiązanie prowizoryczne, które sprzedano nam jako docelowe.
Najgorsze jest to, że to prawdopodobnie wystarczy. Statystyki pewnie drgną w dół, miasto ogłosi sukces, a za kilka lat, kiedy przyjdzie zrobić to porządnie, usłyszymy, że przecież niedawno tu inwestowano.
Milion zł okazał się w Łodzi ceną kreski na asfalcie. Aż boję się zapytać o fakturę za pędzel.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.