Motorsport dusi się w Polsce. Apele tylko robią nadzieję

Tor Poznań o mało nie zniknął przez decybele, choć stoi w tym samym miejscu od 1977 roku. Lublin swój tor już stracił. Teraz Sejm przygląda się sprawie, ale pomija istotne niuanse.

Motorsport dusi się w Polsce. Apele tylko robią nadzieję

Polska ma prosty sposób na likwidację torów wyścigowych. Najpierw pozwala wybudować osiedle obok istniejącego toru. Potem udaje zdziwienie, że samochody wyścigowe hałasują. Na końcu zamyka tor. I wszyscy są zaskoczeni, jakby to był pierwszy raz.

Najświeższy odcinek tego serialu to tegoroczna drama wokół Toru Poznań. Główny Inspektorat Ochrony Środowiska utrzymał w mocy wstrzymanie użytkowania obiektu ze względu na hałas, a tor faktycznie zamknięto. Szczęśliwie już następnego dnia GIOŚ wstrzymał wykonanie własnej decyzji na wniosek Automobilklubu Wielkopolskiego. Tor wznowił działalność do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez Sąd Administracyjny w Warszawie. Innymi słowy: formalnie działa, ale żyje od decyzji do decyzji. W każdej chwili ktoś może odłączyć go od prądu.

Warto przy tym dodać, że Poznań to jedyny w Polsce obiekt z homologacją FIA klasy Grade 3, czyli jedyny polski tor mogący organizować wiele międzynarodowych imprez samochodowych zgodnych z homologacją Grade 3. Zamknięcie go oznaczałoby więc koniec profesjonalnych wyścigów na poziomie kraju.

Skąd ten hałas?

Skąd w ogóle wziął się wątek hałasu? Otóż Tor Poznań powstał w 1977 r. obok lotniska – w miejscu, gdzie miało być głośno z założenia. Później przyszła zabudowa mieszkaniowa, bo grunty w sąsiedztwie toru i lotniska były tanie. A potem dla części terenów obniżono dopuszczalny poziom hałasu z 55 do 50 decybeli. W praktyce oznacza to, że tor wyścigowy ma być mniej więcej tak głośny jak spokojna rozmowa za oknem. Świetny pomysł. Następny krok to wymaganie od orkiestry dętej, żeby zagrała pianissimo.

Poznań ma jednak szczęście, bo o niego się upomniano. Lublin takiego szczęścia nie miał. Tamtejszy tor przez ponad trzy dekady był jedynym miejscem w regionie, gdzie można było legalnie wyszaleć się za kierownicą. Potem poszło zgodnie z instrukcją obsługi polskiego planowania przestrzennego. Najpierw tor. Potem bloki. Potem protesty mieszkańców. Na końcu deweloper liczy pieniądze, a kierowcy szukają innego miejsca. Ostatnie jazdy odbyły się 31 grudnia 2014 r.

Konflikt bywał przy tym zaskakująco brutalny. Według organizatorów przeciwnicy Toru Lublin potrafili wysypywać gwoździe i rozlewać olej na nawierzchni, żeby uprzykrzyć jazdy. Miasto obiecywało nowy tor, wskazywano nawet konkretne lokalizacje. Skończyło się jak zwykle, czyli na obietnicy. Nowego toru w Lublinie nie ma do dziś.

To jedyne przypadki. Podobne wojny o decybele toczyły się choćby wokół Toru Łódź, który powstał w szczerym polu, a mieszkańcy dobudowali się później i zaczęli protestować. Tam akurat udało się dogadać i wprowadzić limity głośności, ale scenariusz był ten sam.

Sejm wchodzi do gry – lepiej późno niż wcale

Na początku lipca w Sejmie odbyło się specjalne posiedzenie o przyszłości sportów motorowych. Zjawili się zarządcy torów, w tym przedstawiciele Toru Poznań i Toru Kielce, eksperci i organizacje branżowe. Diagnoza z sali padła mocna: polski motorsport umiera, dobijany złymi przepisami i urzędniczą bezrefleksyjnością.

Posiedzenie to jeszcze nie ustawa. Niemniej padły słuszne argumenty, że obecne normy nie uwzględniają specyfiki torów istniejących na długo przed okoliczną zabudową i że brakuje długofalowego pomysłu państwa na motorsport. Oczywiście padła też obietnica stworzenia strategii. Tyle że w polskiej administracji strategia jest odpowiednikiem funkcji „przypomnij później”.

Problem nie kończy się na tym, że kilku zapaleńców nie będzie miało gdzie uprawiać swojej pasji. Gdy znika tor, ludzie nie przestają jeździć. Zmienia się tylko miejsce – z asfaltowej pętli na drogę publiczną albo leśną przecinkę. A to już problem wszystkich.

Państwo posłowie, a co z offroadem?

Tu dochodzimy do wątku, o którym w tej całej dyskusji mówi się najmniej, a który dotyka najwięcej ludzi. Bo o Tor Poznań upomniał się sam minister sportu, a kto się upomni o klepisko pod lasem, na którym dzieciaki uczą się panować nad motocyklami? Tory offroadowe i motocrossowe znikają po cichu, jeden po drugim, i nikt z tym nic nie robi.

Przykład z Podlasia. Tor motocrossowy w Wasilkowie pod Białymstokiem powstał kilkanaście lat temu na miejscu dzikiego wysypiska śmieci, które lokalni motocykliści uprzątnęli własnym sumptem i za własne pieniądze. Nagroda? Kiedy w sąsiedztwie zrobiło się gęściej, mieszkańcy poprosili burmistrza o nieprzedłużanie dzierżawy, a ten się zgodził. W podzięce za posprzątanie wysypiska dostali od gminy wypowiedzenie.

Podobny film, tylko z innym zakończeniem, wyświetlił się w Toruniu. Mieszkańcy terenów wokół MotoParku złożyli petycję o ograniczenie hałasu, kierowcy z kolei kontrpetycję o utrzymanie obiektu. Miasto zbadało sprawę właśnie ogłosiło kompromis. Co ciekawe, pomiary akredytowanego laboratorium wykazały poziom 45,3 decybela przy normie 50, czyli tor mieścił się w limicie. Nie przeszkadzało to w zalewaniu urzędu skargami. Wnioski wyciągnijcie sami.

Przeszkadzają też tory, których jeszcze nie ma

Bywa i tak, że tor pada, zanim w ogóle powstanie. W podpoznańskim Zaborowie miasto chciało przenieść tor motocrossowy w miejsce oddalone od domów, żeby pogodzić sportowców z mieszkańcami. Tyle że Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa wydzierżawił działkę na kolejne lata rolnikowi, a o decyzji miasto dowiedziało się po fakcie. Relokacja padła, zanim ktokolwiek wbił łopatę.

W Szczecinie z kolei mieszkańcy dzielnicy Klucz oprotestowali samą budowę toru, który miał ściągnąć z lasów motocyklistów jeżdżących tam dziś nielegalnie. W praktyce protest sprowadzał się do ciekawego założenia: lepiej, żeby motocykle jeździły nielegalnie po Puszczy Bukowej niż legalnie po torze.

Bo warto pamiętać, że to nie jest tylko strata dla pasjonatów. Kiedy nie ma gdzie legalnie jeździć, jeździ się nielegalnie, głównie po lasach. Ministerstwo Sprawiedliwości podaje, że szkody z nielegalnych wjazdów pojazdów do lasu rosną, co wiąże się ze skokową popularnością quadów i motocykli crossowych. Skutek jest taki, że runo, ściółka i leśne drogi lądują pod kołami, a zwierzyna dostaje darmowy koncert dwusuwów.

Potrzebne są zmiany systemowe

Nie chodzi o kolejny zespół i kolejne posiedzenie, tylko sensowne przepisy planistyczne. W wielu krajach obowiązuje prosta zasada, że obiekt istniejący wcześniej ma pierwszeństwo, co chroni go przed roszczeniami tych, którzy świadomie wprowadzili się za jego płot. W Polsce tej zasady nie ma, więc wygrywa ten, kto głośniej domaga się ciszy.

Jakiś ruch zresztą już był. Po zamieszaniu z Torem Poznań posłowie zaproponowali, żeby dopisać tory wyścigowe do obiektów chronionych ustawą o sporcie i wyłączyć je spod norm hałasu, gdy służą aktywności sportowej. Pomysł niezły, ale diabeł jak zwykle siedzi w szczegółach: co na przykład z klepiskiem w Wasilkowie, które nie jest żadnym oficjalnym obiektem sportowym, tylko dzierżawioną działką po wysypisku? Ustawa o sporcie go nie ochroni.

Kibicuję, żeby z tego posiedzenia wyszło coś więcej niż zdjęcie grupowe i post na sociale. Bo rodzimy motorsport od dekad jedzie na głębokiej rezerwie.

Polska nie ma problemu z hałasem torów. Polska ma problem z tym, że łatwiej zamknąć tor niż odmówić zgody na kolejne osiedle. A potem wszyscy udają, że nie wiedzą, skąd wzięli się motocykliści w lasach i drifterzy na parkingach pod marketami.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.