Mapy Google pokażą światła i znaki stop. Tylko po co?
Google testuje w Android Auto dymki z sygnalizacją świetlną i znakami stop na najbliższym skrzyżowaniu. Tyle że światła kierowca widzi przez szybę, a tego, czego nie widzi, aplikacja i tak mu nie pokaże.

Nowość zaczyna się dopiero pojawiać na wybranych urządzeniach. Podczas prowadzenia do celu w Android Auto, obok pływającej nazwy ulicy najbliższego skrętu, Mapy dorzucają dymek z ikoną sygnalizatora albo znakiem stop. Dymek siedzi na mapie, na podświetlonej trasie, i cierpliwie czeka, aż kierowca na niego zerknie.
Tylko takie „zerkanie” niewiele daje, a może sporo kosztować.
Amerykańska NHTSA w wytycznych dla producentów aut przyjęła próg 2 sekund na pojedyncze spojrzenie na ekran. Przy 50 km/h dwie sekundy to blisko 28 metrów przejechanych bez patrzenia na drogę przed sobą. Agencja dodaje, że dłuższe spojrzenia znacząco zwiększają ryzyko kolizji.
A co takiego jest w dymku, czego nie ma za przednią szybą? Sygnalizator, do którego dojeżdżamy, widać przecież z całkiem sporej odległości. Znak stop też widać. Oddajemy więc dwie sekundy uwagi za wiedzę, którą dostajemy za darmo, patrząc przed siebie.
Jeszcze dziwniejszy jest fakt, że ikony pojawiają się tylko na aktywnej trasie. Dopóki kierowca nie zatwierdzi proponowanego wariantu, nie dowie się, że jedna droga prowadzi przez sznur sygnalizacji, a druga przez dwa skrzyżowania z pierwszeństwem. Gdyby Mapy przy wyborze trasy podawały liczbę świateł dla każdej z propozycji, byłby to argument za funkcją. Teraz dostajemy ozdobnik do decyzji, która już zapadła.

Sygnalizację na mapie Google pokazuje od 2020 roku – najpierw w USA, po testach w kilku miastach. Apple pokazywało światła u siebie już rok wcześniej. Przez sześć lat te oznaczenia były po prostu elementem samej mapy i nikomu nie stała się krzywda. Teraz dodano wyskakujący dymek. Rewolucja, na jaką nie zasługujemy.
Lista rzeczy pilniejszych
W ten sam weekend, w którym Google dopieszczało dymki, jego mapa uznała szkocką A9 za zamkniętą i pchnęła cały ruch na pobliską jednopasmówkę bez mijanek. Efekt był łatwy do przewidzenia. Campery, autokary i auta z przyczepą zlepiły się w gigantyczny zator. Mieszkańcy bali się, że w razie potrzeby karetka nie miałaby szans dojechać na miejsce. Materiał o tej wpadce obiegł internet dosłownie na kilka godzin przed informacją o nowych dymkach.
Powiecie, że to drobiazg? W porządku, tylko to zaledwie jedna z wpadek Google’a. W 2013 r. w Karolinie Północnej zawalił się most, a Mapy prowadziły tamtędy kierowców latami. We wrześniu 2022 r., a więc ponad dziewięć lat od zdarzenia, jeden z kierowców wjechał na niego nocą i zginął. Rodzina wytoczyła firmie pozew, w którym zaznacza, że jeszcze w kwietniu 2023 r. droga wciąż figurowała jako przejezdna.
Może by tak zacząć od tego? Albo od dopracowania funkcji, które już zostały wprowadzone? Kiedy sprawdzaliśmy fotoradary w Mapach na trasie z Krakowa do Warszawy, aplikacja wypowiadała komunikaty losowo: a to bez odległości, a to bez niczego na ekranie, a czasem już po minięciu urządzenia. Kamer rejestrujących przejazd na czerwonym w bazie nie było wcale. Od tamtego testu minęło kilka lat, ale kierunek myślenia wygląda podobnie – po co robić kompleksowe testy, skoro miliony użytkowników zrobią je na ulicach?
Sekundy zamiast obrazków
A jest przecież cały wachlarz funkcji, które faktycznie byłyby przydatne. Ot, chociażby Audi od 2016 r. pokazuje czas do zielonego, a w 2019 r. dołożyło podpowiedź prędkości, z jaką da się złapać zieloną falę na ponad 4700 skrzyżowaniach w USA. Technologia leży na ulicy i nikt jej nie podnosi. Dymek niestety nie zdradza, jakie światło się właśnie świeci i ile jeszcze będzie się świeciło.
Google ma przy tym najwięcej danych ze wszystkich. Green Light analizuje cykle sygnalizacji na podstawie ruchu widzianego w Mapach i podsuwa miejskim inżynierom gotowe korekty. W maju 2025 r. projekt działał w 18 miastach na czterech kontynentach. Dziś Google pisze o ponad stu.

Firmowe szacunki mówią o spadku zatrzymań na skrzyżowaniach o 30 proc. i emisji nawet o 10 proc. Sam Boston przestawił po tych podpowiedziach 114 skrzyżowań. Google wie więc, kiedy zapali się zielone. Mówi o tym urzędnikom. Kierowcom pokazuje natomiast obrazek sygnalizatora.
Inną przydatną funkcją mogłoby być tłumaczenie lokalnych zasad. Nasz kolega z redakcji prawie zaliczył dzwona na Łotwie, bo tamtejsza zielona strzałka rządzi się inną logiką niż polska. Nawigacja, która wie, że kierowca jest za granicą, mogłaby ostrzec o takich różnicach. I to byłaby wartość dodana. Ikonka „tu stoi sygnalizator” jest równie przydatna co alert o deszczu, kiedy padać zaczęło dobrych kilka minut temu.
Nowa funkcja nikomu nie zaszkodzi, a może nawet komuś w nieznanym mieście pomoże. W szerszym ujęciu to jednak ładny piktogram doklejany do rzeczywistości, która zupełnie go nie potrzebuje. Dostajemy więc rozwiązanie marginalnego problemu. Bo prawdziwym problemem z Mapami Google nie jest to, że kierowcy nie wiedzą, gdzie są światła, tylko to, że kierowcy czasem nie wiedzą, gdzie jest droga.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.