REKLAMA

Z urlopu wracałem lawetą. A mogłem Porsche

Laweta, która zabrała mnie spod Międzyrzecza, na co dzień pracuje na sezon wyścigowy. Przez kilka godzin drogi jej kierowca opowiadał mi, ile kosztuje i jak wygląda od zaplecza polski motorsport. Usłyszałem kilka rzeczy, których nigdy bym się nie spodziewał.

Z urlopu wracałem lawetą. A mogłem Porsche
REKLAMA

Wstępem do tego tekstu był urwany wentyl w dętce gdzieś pod Barlinkiem, który zamienił mój piątkowy wieczór w mini-przygodę w Międzyrzeczu, a finalnie w kilkugodzinną podróż lawetą. Pisałem wtedy, że wraz z trzaśnięciem drzwiami Fiata historia się nie skończyła. Oto jej kolejna część.

REKLAMA

Kogo spotkasz i co usłyszysz w lawecie

Człowiek, który uratował mi skórę pośrodku niczego, nazywa się Tomasz Szubczyński i prowadzi firmę Autopomoc Tomasz Szubczyński, ma też własny warsztat samochodowy w Pniewach. I nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że laweta i warsztat pracują w dużej mierze na jeden cel, jakim są wyścigi syna – Macieja.

Szubczyński Junior jeździ dziś Porsche, a Szubczyński Senior jeździ lawetą, żeby było za co.

REKLAMA

A wszystko zaczęło się tam, gdzie najczęściej zaczynają się przygody z motorsportem młodych adeptów – na gokartach. Tomasz twierdzi, że od samego początku było widać, że Maciek ma do tego dryg. I to nie tylko dlatego, że mu się podobało. Przede wszystkim na tablicy wyników.

Od początku potrafił wykręcać czasy równe, a nierzadko lepsze od kilka lat starszych konkurentów. W kartingu halowym zresztą dalej się ściga. W XVI sezonie Poznańskiej Ligi Kartingowej zdominował stawkę i zdobył tytuł, czterokrotnie zgarniając komplet punktów w pojedynczej rundzie.

REKLAMA
Zdjęcie: facebook.com/maciek.szubczynski

Potem przyszły samochody

Najpierw było Suzuki. W 2024 roku Maciek startował w Swift Cup Europe starszym Swiftem z silnikiem 1.6 i na Torze Poznań wygrał jeden z wyścigów w swojej klasie. W tabeli międzynarodowej był trzeci, a w klasyfikacji juniorów klasy 1.6 przegrał sezon z kolegą z zespołu o dwa punkty.

W 2025 roku przesiadł się do Mini Coopera w WORK STUFF Super S Cup i już w debiutanckim sezonie został mistrzem Polski. I tutaj walka toczyła się do ostatnich metrów, ale tym razem to do Maćka uśmiechnęło się szczęście. O tytule przesądził ostatni wyścig, w którym dwóch rywali zdyskwalifikowano za niewykonanie kary Stop&Go.

REKLAMA

W tym roku jeździł w zespole Apexwerk Racing, którego najszybszym autem jest Porsche 718 Cayman GT4 Clubsport. Moc 425 KM z wolnossącego boksera 3.8 i spalanie około 50 l paliwa na 100 km w warunkach wyścigowych. W maju na Torze Poznań Maciek w teamie z Michałem Walczakiem-Makowieckim zmieścili się Caymanem w pierwszej dziesiątce kwalifikacji do wyścigu Mistrzostw Polski Endurance.

Sezon zakończyli jako wicemistrzowie Polski w klasie GT4. W podziękowaniach na Facebooku Maciek wymienił zespół, partnera z auta, burmistrza i sponsorów. Osobno – całkiem zresztą słusznie – rodziców „za sponsoring”.

REKLAMA

A jest na co zbierać

Tomasz liczy koszty bez sentymentów. Sezon w Porsche to mniej więcej pół miliona złotych, a kilometr treningu kosztuje 35 euro. Żartuje, że każe Maćkowi zjeżdżać do boksu na każdym „bezsensownym” kółku, żeby budżet się za wcześnie nie wyczerpał. Opony? Jeden komplet to lekko dziesięć tysięcy złotych.

Za sezon wszystkie te koszty sumują się w spory rachunek. A to tylko wersja finansowana przez lawetę. Tomasz mówi, że inne zespoły, z głębszymi kieszeniami, potrafią płacić za sezon nawet milion. Tyle że euro.

REKLAMA

Auto wypożyczają od Apexwerk z kilku przyczyn. Pierwsza to oczywiście kasa, ale jest też druga, równie ważna – Maciek ma przed sobą przyszłość, a to nie jest jego ostatnie słowo. Zakup takiego samochodu przywiązałby go do jednej serii na dłużej. Do tego musieliby o wszystko zadbać sami: transport, przygotowanie, obsługa, zespół. Żadna z tych rzeczy tania nie jest.

Zdjęcie: facebook.com/maciek.szubczynski

Sponsorzy? To odrębny temat. Duży producent chemii samochodowej za oklejenie auta proponował 3 tysiące złotych. Tyle że w towarze. Tomasz żartował, że musiałby to upłynniać w przerwach między kursami na lawecie. Poważna firma, z setkami pracowników, której z litości nie będę wymieniał z nazwy.

REKLAMA

Zahaczyliśmy też o Roberta Kubicę, bo w rozmowie o polskim motorsporcie chyba nie da się inaczej. Tomasz był brutalnie szczery. Bezsprzecznie wielki talent, ale finalnie nie wykorzystał nawet części swojego potencjału. Trochę przez pecha, trochę przez przypadek, a na papierze został jeden zwycięski wyścig w F1.

I – jak już wyłączy się tryb kibica-patrioty – jest w tym sporo prawdy. Kubica ma w F1 99 startów, jedno zwycięstwo i 12 podiów. A wszystko to zdobyte przed tym nieszczęśliwym wypadkiem. Prawie wszystko, bo po powrocie, w sezonie 2019, Robert zdobył jeden punkt. W 2025 roku wygrał za to Le Mans w barwach AF Corse.

REKLAMA

Gigantomania i absurdalne pomysły polityków

Tomasz zdradził też trochę plotek i informacji zza kulis. Ponoć kiedy Kubica wracał, ówczesna władza hołubiła go jak wielokrotnego mistrza świata i „pchała w niego całą kasę”. A na tym ucierpiał oczywiście młody narybek w motorsporcie, bo tam już kasy zabrakło.

Orlen zapłacił Williamsowi za sezon 2019 12,7 mln euro. Po przeliczeniu po stawce 35 euro to ponad 362 tys. km treningu w Porsche. Na program dla juniorów, czyli Akademię Motosportu, przyszła pora dopiero po wyjściu z F1.

REKLAMA
GP Wielkiej Brytanii Silverstone Williams Kubica

Najbardziej absurdalna część tej opowieści dotyczy własnego zespołu F1. Według Tomasza pomysł był bardzo, bardzo blisko realizacji. Publicznie wiadomo tyle, że ówczesny prezes Orlenu Daniel Obajtek nie wykluczał zakupu ekipy i mówił, że to w zasięgu marzeń. To uruchamia wyobraźnię na temat tego, ile jeszcze było takich pomysłów, o których suweren nie wie.

Ceny zespołów dobrze pokazują skalę tych marzeń. W 2018 roku Lawrence Stroll kupił Force India za 90 mln funtów, a dwa lata później Williams poszedł za 152 mln euro, czyli około 655 mln zł. Licząc stawką Tomasza, za samego Williamsa Maciek miałby ponad 1300 sezonów w Caymanie GT4.

REKLAMA

Wychodzi na to, że moja przebita dętka za pośrednictwem PZU też dorzuciła się do sezonu chłopaka z Pniew. Przy 35 euro za kilometr to malutka kropelka w morzu potrzeb, ale w polskim motorsporcie każda kropelka się liczy.

I tak, dzięki wszystkim tym opowieściom, plotkom, rozmowom i żartom, blisko 5 godzin podróży minęło w okamgnieniu. Na koniec Tomasz zaprosił mnie na Tor Poznań, gdzie Maciek w następny weekend kończył sezon WSMP. Z zaproszenia chętnie skorzystałem, bo nie miałem jeszcze okazji być „częścią” ścigającego się zespołu.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.

REKLAMA
REKLAMA