Piątkowy wieczór, urlop motocyklowy, droga gdzieś między Szczecinem a Poznaniem i przebita dętka z urwanym wentylem. Tyle wystarczyło, żebym sprawdził, ile jest warte holowanie „bez limitu kilometrów”, kiedy w grę wchodzi kapeć.

Każdy, kto jeździ na dętkach, słyszał tę radę: zapasowa powinna jechać razem z motocyklem, zwinięta w sakwie albo pod kanapą. Ja też ją słyszałem. A mimo to – kiedy zaszła taka potrzeba – dętki i tak nie miałem.
Zakup dętki
To nie tak, że lekkomyślnie lekceważę nauki i rady bardziej doświadczonych kolegów. Po prostu poprzednią zużyłem na koniec zeszłego sezonu. A jak to z końcówkami sezonu bywa, uzupełnienie stanów odłożyłem na „po zimie”. No i tak kupowałem, że finalnie nie kupiłem.

Kapcia złapałem w piątek wieczorem gdzieś między Szczecinem a Poznaniem, w okolicy Barlinka. Utratę powietrza łatwo przeoczyć, zwłaszcza gdy schodzi powoli, i u mnie tak właśnie musiało być. Zanim się zorientowałem, że coś jest nie tak, zdążył się urwać cały wentyl, a to oznaczało, że o łataniu nie było mowy. Dętkę trzeba było wymienić na nową.
Motocykl to nie samochód
Benelli Leoncino Trail, którym jechałem, ma szprychowe koła i dętki. To typowe połączenie, bo obręcz z otworami na szprychy trudniej uszczelnić niż odlewaną felgę. Dlatego w motocyklach terenowych i stylizowanych na klasyki dętka wciąż jest standardem, chociaż coraz częściej szprychy zaplatane są też na zewnętrzny rant felgi, dzięki czemu obręcz jest szczelna i może jeździć na oponach tubeless. Niestety ja takich nie mam.
W samochodzie jest łatwiej. Ratunkiem bywa dojazdówka, choć producenci dają ją coraz rzadziej, albo zestaw naprawczy. Przy motocyklowej oponie bezdętkowej często wystarczą kołek albo sznurek z szydłem i trochę powietrza – 15 minut i jedziemy dalej. Przy dętce trzeba zdjąć koło (a w przypadku mojego motocykla wcześniej zacisk tylnego hamulca), zdjąć oponę, wyjąć dętkę, załatać ją albo założyć nową. A potem montaż tego wszystkiego do kupy. Grubsza operacja, szczególnie pośrodku niczego.
Dotoczyłem się do najbliższej stacji, modląc się przy tym, żeby opona nie zeszła z rantu, i zacząłem dzwonić. W promieniu 150 km nikt nie miał dętki ani ochoty, żeby się tym zająć. Gorzów nic, Świebodzin nic, nawet w Poznaniu nie znalazłem niczego czynnego w piątek o tej godzinie. Po kilkunastu telefonach trafiłem na wulkanizatora z Międzyrzecza. Małe miasteczko, o którego istnieniu dotąd nie miałem nawet pojęcia.

Nie oceniaj książki po okładce
Wulkanizator podjechał do mnie wysłużonym BMW. Jak wysiadł, to musiałem mieć nietęgą minę. Chłop miał taką aparycję, że jakbym trafił na niego wieczorem w ciasnej uliczce, to pewnie oddałbym mu portfel, zanim jeszcze cokolwiek by powiedział.
A jednak Lechu okazał się drugim najporządniejszym człowiekiem tego wieczoru. Sam wykonał kilkanaście telefonów, choć widział mnie pierwszy raz w życiu. Dętki nie miał nikt, ani w Międzyrzeczu, ani w okolicy. Pomocy więc nadal nie znalazłem, ale zapamiętałem, kto próbował.
W całej ten beznadziejności sytuacji kompletnie nie przyszło mi do głowy, że istnieją przecież media społecznościowe. I to właśnie takie przypadki są bodaj najlepszym argumentem świadczącym na ich korzyść. Zapewne gdybym odpalił twarzoksiążkę, wrzucił post na kilka grup, to dętka by się znalazła. Ale nie zrobiłem tego. Dopadła mnie pomroczność jasna.
Pomoc Zdefiniowana Umownie
W końcu przypomniało mi się, że chyba wykupiłem assistance z holowaniem bez limitu kilometrów. Zadzwoniłem na infolinię, konsultant zgłoszenie przyjął, nawet ponoć oznaczył jako pilne. Ktoś miał do mnie zadzwonić w ciągu godziny.
Przy okazji dowiedziałem się czegoś, czego przy zakupie polisy nikt mi nie powiedział. Otóż przy przebitej dętce „brak limitu kilometrów” zamienił się w holowanie do wulkanizacji, nie dalej niż 150 km. Tylko że w tym promieniu obdzwoniłem już kilkanaście wyników z Google’a. A do domu miałem 300 ze sporym okładem.

Po półtorej godziny coraz bardziej nerwowego zerkania na telefon zadzwoniłem ponownie i usłyszałem od innego człowieka, że „faktycznie, konsultant dzwonił do kilku pomocy drogowych, ale niczego nie udało się znaleźć”. Na moje pytanie, czy w takim razie na tym poprzestał, usłyszałem „Nie, nie! Zaraz dołączę do kolegi i na pewno coś znajdziemy”.
I tak zostałem w piątkowy wieczór pod warsztatem Lecha, solo, w ciemnej bramie między kamienicami, z motocyklem na blachach z drugiego końca Polski. Nie ukrywam, że raz po raz nerwowo się rozglądałem, czy przypadkiem nie odwiedzi mnie kilku miejscowych zakapiorów. W końcu przyszedł SMS, że jakaś autopomoc przyjęła zgłoszenie.
Potęga doświadczenia i siła przekonywania
Zadzwonił Tomasz z pomocy drogowej i na wstępie uprzedził z rozbrajającą szczerością, że przyjechać przyjedzie, ale nie wie, gdzie ma mnie zawieźć i co ze mną zrobić. Trudno było się z nim spierać. W piątek o 20 nikt w okolicy nie założyłby mi dętki, bo po prostu jej nie było. Tomasz miał do mnie ponad dwie godziny drogi, a na pocieszenie rzucił, że jedzie i na miejscu coś wymyślimy. No trudno, i tak nie bardzo miałem się gdzie ruszyć.
Laweta dojechała przed 21. Tomasz obejrzał motocykl raz, drugi i trzeci i zauważył uszkodzenie felgi. Zadzwonił do PZU i jako firma świadcząca dla nich usługi poinformował, że jego zdaniem nawet po wymianie dętki dalsza jazda tym motocyklem może być niebezpieczna. Konsultant długo się zastanawiał, kilka razy wyciszał rozmowę, aż w końcu przyznał, że najlepiej będzie odwieźć mnie pod dom. Nie oponowałem.

Pod który paragraf OWU to ostatecznie podpięto, nie wiem. Wiem natomiast, że do domu dowiozła mnie opinia fachowca, a nie zapis w polisie. Każdy ubezpieczyciel zapisuje warunki po swojemu, więc zanim uwierzycie w „bez limitu” z oferty, poszukajcie w OWU, do jakich zdarzeń to hasło się odnosi. Przy motocyklu na dętkach sprawdźcie też, czy awaria ogumienia to nadal awaria.
Mój wybawca zresztą zasługuje na osobny tekst, bo jego historia nie zmieści się w jednym akapicie. Dlatego wrócę do niego w drugiej części moich urlopowych relacji. Bo szybko okazało się, że laweta to niejedyny związek Tomasza z motoryzacją.
Z tego wieczoru wyciągnąłem wnioski. Zwinięta dętka zajmuje w sakwie tyle co nic. A jak się zużyje, to zakupu nowej nie ma co odkładać, bo takie odkładanie trwa „do świętego Dygdy”. Jej brak kosztował mnie wieczór w bramie w Międzyrzeczu, skrócony wyjazd i kilka godzin w kabinie lawety.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.