Kraków reaguje na tragiczny wypadek. Czuć kwaśną woń paniki
Dwa lata temu miasto odpisało radnemu, że problemu nie ma. Po tragedii na Solnej te same osoby zapowiadają progi, szykany i nowy asfalt, a radni chcą nowego przestępstwa w Kodeksie karnym. Reakcja jest, systemu dalej brak.

W sobotę 22 sierpnia, wczesnym wieczorem, na krakowskim Zabłociu Volkswagen Golf R wypadł z drogi tuż za ostrym zakrętem, wjechał na chodnik i uderzył w małżeństwo spacerujące z ośmiomiesięcznym dzieckiem w wózku. Rodziców nie udało się uratować, a dziecko trafiło do szpitala.
Ze wstępnych ustaleń biegłego wynika, że auto jechało około 70 km/h tam, gdzie obowiązuje 30 km/h. Kierowca nie przyznał się do winy – jego zdaniem zawiniła nierówna nawierzchnia. Sąd aresztował go na trzy miesiące.
Cztery dni później, 26 sierpnia, Rada Miasta Krakowa przyjęła rezolucję adresowaną do Sejmu, Senatu, premiera i prezydenta. Radni chcą wpisania do Kodeksu karnego „zabójstwa drogowego”, większej liczby etatów w drogówce i Inspekcji Transportu Drogowego, przepisów dopuszczających fotoradary akustyczne (chyba tak przy okazji) oraz lepszego szkolenia młodych kierowców.
Postulat, który częściowo już obowiązuje
29 stycznia 2026 roku do Kodeksu karnego trafił art. 177 § 2a. Sprawca śmiertelnego wypadku, który albo brał udział w nielegalnym wyścigu, albo rażąco przekraczał prędkość i zarazem rażąco łamał inne zasady bezpieczeństwa, albo miał sądowy zakaz prowadzenia, odpowiada od roku do 10 lat, a sąd obowiązkowo odbiera mu uprawnienia. Wcześniej za śmiertelny wypadek sufit wynosił 8 lat. Pisaliśmy o tym pakiecie w styczniu i w marcu.
Kwalifikowany typ przestępstwa dla drogowych szaleńców istnieje więc od siedmiu miesięcy. Można spierać się, czy jest dość ostry i czy prokuratura sięga po niego wystarczająco chętnie. Nie powinno się natomiast apelować o wprowadzenie czegoś, co już wprowadzono, i nazywać tego programem naprawczym. To nie praca legislacyjna, tylko odruch. Ktoś tu wpadł w panikę.
Dwa lata i jedna kartka papieru
Na samej Solnej mają się pojawić progi i szykany, a później nowa warstwa asfaltu. Czyli akurat to, na co powołuje się podejrzany, tłumacząc, że stracił panowanie nad autem przez nierówną nawierzchnię. Świetnie.
Tyle że w już 2024 r. rada dzielnicy i radny miejski domagali się w tym rejonie fizycznego uspokojenia ruchu. Odpowiedź z 5 września 2024 r. leży na miejskim BIP-ie: urzędnicy zrobili wizję lokalną, zmierzyli prędkości i stwierdzili, że większość pojazdów limitu nie przekracza, więc nie ma przesłanek do natychmiastowych zmian w dotychczasowej organizacji ruchu. Dalsze procedowanie szykan uzależniono od kontroli policji.

Pod pismem podpisał się ówczesny zastępca prezydenta Stanisław Kracik. Dziś, jako komisarz Krakowa, ten sam Kracik zapowiada progi, jednocześnie zapewniając, że zaniedbań ze strony miasta nie było.
Obie rzeczy nie mogą być prawdziwe naraz. Albo mierzenie średniej prędkości na ulicy, po której nocami odbywają się popisówki, było metodą chybioną, albo próg jest dziś niepotrzebny. Wybierzcie jedną wersję.
Plasterek na ranę, która krwawi od dawna
Nie mam nic przeciwko progom na Solnej. Mam za to wszystko przeciwko traktowaniu ich jak odpowiedzi. To plasterek naklejony na ranę, która krwawi od lat, w dodatku w miejscu, które akurat trafiło do niemal wszystkich nagłówków w kraju.
Problem w tym, że podobne miejsca można znaleźć w niemal każdym większym mieście: szeroka jezdnia, łuk, knajpy, nocny ruch i mieszkańcy, którzy od dawna wysyłają pisma w próżnię. W 2025 r. w Krakowie odnotowano 941 wypadków – najwięcej spośród miast wojewódzkich, licząc ich bezwzględną liczbę. To nie jest problem jednego zakrętu.
Nie chodzi też o utrudnianie życia kierowcom. Zwężenie ulicy, nasadzenie szykan, rond i nie wiadomo czego jeszcze rozwiązaniem nie jest. Progi bywają montowane za często i źle, a przepisy ograniczają ich lokalizowanie m.in. na łukach i w pobliżu skrzyżowań, określając konkretne odległości i wyjątki. Akurat w tym miejscu pole manewru jest więc wąskie.

Doraźne uspokojenie ruchu po fakcie może skończyć się jednym garbem, który kierowcy zaczną omijać szerokim łukiem. Tylko że w taki sposób problem nie zniknie, a co najwyżej przeniesie się na sąsiednie osiedle albo do innej dzielnicy.
Systemowo powinno to wyglądać inaczej. To geometria ulicy, a nie znak, ma decydować o prędkości, bo znak można zignorować, a zwężenia nie. Zgłoszenie mieszkańca powinno wchodzić w procedurę z terminem i osobą odpowiedzialną, a nie trafiać w korespondencyjną pętlę, w której urząd czeka na policję, policja na dzielnicę, a dzielnica na urząd.
Kontrole mają być stałym elementem krajobrazu, a nie akcją odpalaną po pogrzebie. I trzeba wreszcie policzyć, ile takich miejsc każde miasto ma na liście, zanim wskaże je kolejny tragiczny wypadek.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.