REKLAMA

Volkswagen obwąchuje samochody. Tropi rzeczywistą emisję

Holendrzy wpuścili na autostradę dostawczaka, który jeździ za ciężarówkami i wącha im rury wydechowe. Niczym szczeniaczek poznający się z kolegami na osiedlu, tylko mniej sympatyczny.

Volkswagen obwąchuje samochody. Tropi rzeczywistą emisję
REKLAMA

Brzmi jak żart, ale to oficjalna akcja policji i instytutu badawczego TNO. Nazywają to „snuffelbus”, czyli po naszemu „niuchobus”. Pod tą uroczą nazwą kryje się Volkswagen Caddy z dwiema rurkami w przednim zderzaku, które zasysają powietrze tuż za jadącą ciężarówką. Szkoda, że nie przyczepili mu psich uszu i ogonka – tak dla podkręcenia efektu. W środku siedzi aparatura, która z tej chmury spalin wyłuskuje poziom tlenków azotu i cząstek stałych, a kamera skanuje tablicę, żeby od razu przypiąć pojazd do właściwej normy Euro. Wszystko ląduje na ekranie przy desce rozdzielczej w formie wykresu.

Schemat jest prosty: jak linie na wykresie wystrzelą w górę, jest to dowód, że dana ciężarówka kopci ponad miarę. Wtedy do gry wkracza policja – ściąga delikwenta na bok i zagląda mu w bebechy układu wydechowego oraz w komputer pokładowy. Chodzi o to, żeby wyłapać tych, którzy kombinowali przy wtrysku AdBlue albo mechanicznie majstrowali przy wydechu.

Holendrzy nie wymyślili tego sami. Kilka lat wcześniej po bardzo podobny sprzęt sięgnęli Duńczycy, tyle że oni wsadzili czujniki bezpośrednio do radiowozów i zatrzymywali kierowców od ręki. Duński projekt prowadzony w Kopenhadze i na granicy z Niemcami wyłapywał ciężarówki z zamontowanymi defeat devices, czyli urządzeniami oszukującymi pomiar. Skuteczność? Już samo połączenie pomiaru z kontrolą drogową pozwalało namierzać kierowców winnych manipulacji przy układzie redukcji tlenków azotu znacznie skuteczniej niż losowe zatrzymania. Co ciekawe, ten sam sprzęt duńscy inspektorzy pokazywali później Polakom, więc dla naszych służb temat też nie jest nowością.

Problem częstszy, niż się wydaje

Po co ta cała zabawa w detektywa? Bo liczby są bezlitosne. TNO szacuje, że około 10 procent ciężarówek odpowiada za mniej więcej 35 procent emisji tlenków azotu z całego transportu drogowego. A przy cząstkach stałych jest jeszcze gorzej – dużo, dużo gorzej: jakieś 5 procent diesli generuje około 90 procent emisji w tej kategorii. Czyli garstka pojazdów truje za całą resztę, a ty stoisz za takim delikwentem w korku i wdychasz to wszystko przez kratki nawiewu albo, co gorsza, bezpośrednio w kasku motocyklowym.

Skąd się biorą takie kopciuchy na kółkach? Zwykle z trzech powodów: zepsuty układ oczyszczania spalin, wątpliwej jakości serwis albo świadoma manipulacja. Ten trzeci wariant jest szczególnie wkurzający, bo to nie awaria, tylko wybór. Ktoś policzył, że taniej będzie pozbyć się AdBlue niż go wlewać, i puścił do atmosfery kilkanaście kilo dodatkowego NO, żeby zaoszczędzić parę euro na setkę. Tlenki azotu to właśnie ten składnik, przez który polskie miasta od lat męczą się z wprowadzaniem stref czystego transportu.

Sprawiedliwie trzeba dodać, że Holendrzy nie porównują wszystkich jak leci. Stara ciężarówka ma prawo emitować więcej niż świeży egzemplarz, więc każdy pojazd oceniany jest według odpowiedniej kategorii. Nikt nie każe wysłużonemu Euro 3 dorównywać fabrycznie nowemu Euro 6.

Ten piesek nie gryzie – jeszcze

Póki co, kierowcy mogą spać spokojnie w swoich kabinowych sypialkach. Na razie to dopiero próba i nie ma jeszcze żadnej ustawy, która pozwalałaby karać na podstawie odczytu z „niuchobusa”. Kierowca przyłapany na zbyt wysokiej emisji dostanie pouczenie i ostrzeżenie, ale mandatu nie zobaczy. Holendrzy testują po prostu, która metoda pomiaru działa najlepiej, żeby potem dorzucić swoje wnioski do unijnego pakietu przepisów o badaniach technicznych i kontrolach przydrożnych.

Żeby było zabawniej, do kalibracji aparatury TNO puściło przed czujniki specjalny pojazd z celowo podkręconą emisją. Czyli mają własnego oficjalnego kopciucha, która istnieje tylko po to, żeby niuchobus miał się na czym uczyć. W tym jest jakaś pokrętna poezja.

Cała ta operacja mówi o transporcie więcej, niż się wydaje. Przez lata kontrola spalin sprowadzała się do okresowego przeglądu, na który każdy przyjeżdżał z układem wypucowanym jak na ślub. Teraz pomiar pojedzie za tobą po autostradzie i nie będzie pytać o termin. To zmiana filozofii: zamiast umawiać się na kontrolę, łapie się na gorącym uczynku.

Na razie niuchobus tylko węszy i co najwyżej zawarczy. Ale gdy unijne przepisy dogonią technologię, ten sympatyczny Caddy z rurkami w zderzaku zamieni się w najbardziej znienawidzony pojazd na europejskich autostradach. I bardzo dobrze.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.