Ścisnęli pół samochodu w jedną skrzynkę. Pobili rekord
Geely wcisnęło szesnaście funkcji napędu w jedną skrzynkę ważącą tyle, co worek cementu i ogłosiło 93,8 proc. sprawności. Tyle że ten test to taki dość łaskawy. Pierwszym autem z tym cudem będzie zwykły crossover.

Są takie prezentacje z Chin, w przypadku których człowiek przestaje patrzeć na slajdy z wykresami i zaczyna się zastanawiać, czy to wszystko naprawdę działa, czy ktoś to po prostu bardzo ładnie zmontował. Tym razem Geely pokazało napęd, który nazwało Thunder, i tu akurat prezentacja skończyła się rekordem Guinnessa. A nawet dwoma.
Chińczycy zidentyfikowali realny skądinąd problem: im więcej osobnych pudełek pod maską, tym więcej kabli, złączy i miejsc, w których prąd po drodze zamienia się w ciepło zamiast w jazdę. Geely postanowiło coś z tym zrobić i upchnęło dwanaście podzespołów – m.in. silnik, przekładnię, sterownik, ładowarkę pokładową – plus cztery funkcje programowe w jeden moduł.
16-in-1
Szesnaście w jednym. Jak niegdysiejsze kartridże do Pegasusa, tyle że ten kartridż waży 75 kg i wsadzasz go nie do konsoli, tylko do prawdziwego samochodu. A przy okazji chiński producent twierdzi, że z auta zniknęło ponad 180 części, które kiedyś trzeba było skręcać, uszczelniać i modlić się, żeby nie przeciekały.
Okablowania wysokiego napięcia jest o 30 proc. mniej, a krótszy kabel to mniejszy opór i mniej prądu marnowanego po drodze. To akurat fizyka, nie folder. Geely chwali się gęstością mocy na poziomie 11,8 kW/kg, co brzmi abstrakcyjnie, dopóki nie uświadomimy sobie, że mówimy o skrzynce lżejszej od przeciętnego pasażera na tylnej kanapie.

No I liczba, która jest źródłem całego zamieszania: 93,8 proc. sprawności w cyklu CLTC. Dla porządku – CLTC to chiński cykl pomiarowy mniej więcej tak wymagający jak nauczyciel, który wszystkim stawia piątki za obecność.
CLTC realizowany jest z niskimi prędkościami i łagodnymi obciążeniami, a więc trzyma silnik i elektronikę blisko ich najlepszego punktu pracy. Jasnym jest, że wyniki będą wyraźnie lepsze niż w cyklu z ostrymi przyspieszeniami i szybką jazdą, gdzie straty rosną. Gdyby Geely podało tę samą liczbę w WLTP, niemal na pewno byłaby niższa. To nie znaczy, że wynik jest zmyślony, tylko że został osiągnięty na egzaminie, na którym można korzystać ze ściąg.
Pobijmy jakieś rekordy
Wiadomo, że w marketingu samochodowym dobrze jest znaleźć jakiś rekord, pobić go i ogłosić „najbardziej cokolwiek”. Tak też zrobili Chińczycy. Do rekordów Guinnessa Geely urządziło sobie wycieczkę.
Auto z nowym napędem okrążyło jezioro Qinghai, zużywając 8,20 kWh na 100 km – tyle prądu, ile przeciętna suszarka do włosów zjada w ok. 4 godziny. Drugi rekord to ponad 46 km ciągłego driftu dwóch aut na mokrej nawierzchni, czyli konkurencja, której nikt normalny nie planował bić, bo nikomu nie przyszło do głowy, że to w ogóle kategoria (chyba że w kodeksie wykroczeń).

Warto dodać, że napęd, którym producent chwali się na scenie, i napęd, który faktycznie da się kupić, to zwykle dwie różne bajki. Debiut techniczny zaliczyła specjalnie skonfigurowana, sportowa limuzyna Galaxy TT, tyle że tej w salonach na razie nie ma.
Pierwszym autem, które naprawdę trafi na rynek z tym silnikiem, będzie Lynk & Co 02 po liftingu, sprzedawany w Chinach jako Lynk & Co 20. Nie sportowy pocisk ani limuzyna, tylko elektryczny fastback-crossover z jednym silnikiem 245 kW (329 KM) na tylnej osi i sprawnością 93 proc. Debiut rynkowy zapowiedziano na trzeci kwartał 2026 roku.
Zejdźmy z tego kosmosu na ziemię
O ile rekord na okrążeniu jeziora robi wrażenie na konferencji, o tyle prawdziwy sprawdzian to auto, które ktoś kupi, żeby dowozić dzieci do szkoły. Pierwsza generacja tego modelu zebrała w Chinach 48 691 rejestracji od grudnia 2024 roku – już nie taki kosmos, ale też nie porażka.

Widzę tu też drobny haczyk. Kiedy wszystko jest w jednym odlewie, to przy awarii jednego elementu robi się problem całej skrzynki. Dotąd ładowarkę czy przetwornicę – części, które zużywają się szybciej niż silnik – dało się wymienić osobno. Tu przy poważnej usterce mechanik może załamać ręce, a ty domowy budżet. Integracja jest fajna, dopóki wszystko działa.
Co z tego trafi do Polski? Na razie nic konkretnego – Geely dopiero rozstawia u nas namioty z modelem EX5, a marka Lynk & Co oficjalnie u nas nie jeździ (poza garstką aut ściągniętych z importu). Choć akurat to może się wkrótce zmienić, bo Volvo wzięło ją pod swoje skrzydła i szykuje do sprzedaży w Europie przez własne salony.
Na razie zostaje nam podziwiać skrzynkę, która waży mniej niż pasażer i marnuje mniej prądu niż suszarka. A potem, jak zawsze, czekać, aż ktoś sprawdzi, ile kosztuje jej naprawa, gdy przestanie być rekordem, a zacznie być zwykłym autem stojącym u mechanika.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.