REKLAMA

Widziałem "najbrzydsze" Ferrari w historii. Czekałem aż mnie oświeci

Kilka miesięcy po premierze najbardziej kontrowersyjnego Ferrari w historii udało mi się obejrzeć je na żywo. Moje odczucia po tym spotkaniu są mocno mieszane.

Ferrari Luce
REKLAMA

Co prawda do końca roku pozostały jeszcze ponad dwa miesiące, ale chyba wszyscy się zgodzimy, że pretendent do tytułu „Najbardziej kontrowersyjnego auta 2026” jest tylko jeden. To oczywiście Ferrari Luce.

REKLAMA

W momencie premiery red. Grabowski nazwał je najbrzydszym w historii, natomiast red. Karczmarz nieco później pisał, że to wszystko ma jednak sens i nie ma o co kruszyć kopii. Do tej pory byłem bliższy raczej tego pierwszego stanowiska, ale uznałem, że wstrzymam się z ostateczną oceną, dopóki nie zobaczę tego wehikułu na własne oczy.

W końcu pojawiła się ku temu sposobność

W tekście dotyczącym wrażeń z jazdy nową Testarossą wspomniałem, że możliwość przetestowania spalinowego Ferrari była „jedynie” dodatkiem do głównego wydarzenia, którym był pokaz elektrycznego Luce. Od razu zaznaczę, że postanowiłem dać mu się zaskoczyć – na miejsce prezentacji dotarłem tylko z lekkimi uprzedzeniami co do jego wyglądu, ale bez jakiegokolwiek wcześniejszego zagłębiania się w parametry.

REKLAMA

Uznałem, że tak będzie uczciwie – bez żadnych wyobrażeń i oczekiwań, bez żadnej z góry narzuconej narracji na podstawie tego, co wcześniej na jego temat czytałem i słyszałem. Rozpoczniemy naszą znajomość z czystą kartą. Z takim właśnie nastawieniem wszedłem do hali, w której czekało już na mnie auto.

Galeria: 4 zdjęcia
Galeria zdjęć
zdjęcie galerii
zdjęcie galerii
zdjęcie galerii
zdjęcie galerii
REKLAMA

Pierwsza myśl? Pewnie mi nie uwierzycie, ale na żywo Luce wygląda naprawdę dobrze. Nie wiem, czy to zasługa włoskiego klimatu, czy tej konkretnej konfiguracji, którą pokazano, ale przyznaję otwarcie – ten samochód z miejsca mi się spodobał.

Połączenie ciemniejszego, niebieskiego lakieru z jasnym, karmelowym wnętrzem to coś co bardzo lubię i nie rozumiem, dlaczego do promowania tego modelu Włosi wybrali wcześniej nijakie, pastelowe barwy. Zwłaszcza ten jasnoniebieski, który mogliśmy oglądać na pierwszych oficjalnych zdjęciach, jest moim zdaniem straszny – kojarzy mi się z kolorystyką znacznie mniej prestiżowych miejsc.

REKLAMA
Ferrari Luce

Przednia część nadwozia prezentuje się fenomenalnie, a czarne wykończenie sprytnie maskuje drobny szczegół – w tym aucie nie ma przedniego bagażnika. Nie ma po prostu nic. Jest tylko pustka, a dokładniej, kanał powietrzny.

Ferrari Luce

Idąc dalej, możemy podziwiać sylwetkę w kształcie klina, z nisko położonym pasem przednim i zdecydowanym ruchem zmierzającą do góry linią dachu, która ma swoją kulminację gdzieś pomiędzy pierwszym a drugim rzędem siedzeń i… od tego momentu dobre wrażenie zaczyna się psuć.

REKLAMA
Ferrari Luce

W jednej chwili przeleciały mi przez głowę te wszystkie memy porównujące pas tylny Luce do kuchenki indukcyjnej. Od tych skojarzeń naprawdę trudno uciec, próbowałem, bezskutecznie, bardzo mi przykro. Warto natomiast wspomnieć, że ten oryginalnie stylizowany tył skrywa przepastny kufer o pojemności 597 l.

Ferrari Luce

Wypada też poruszyć kwestię samych rozmiarów Ferrari Luce – ma ono 502,6 cm długości, 199,9 cm szerokości, 154,4 cm wysokości i 296,1 cm rozstawu osi. Jakiś punkt odniesienia? Niemal identyczne gabaryty posiada Tesla Model X, ale z jednym zastrzeżeniem – jest o kilkanaście cm wyższa.

REKLAMA

Wnętrze Luce jest po prostu fenomenalne

W ostatecznym rozrachunku można więc uznać, że wygląd zewnętrzny pierwszego elektrycznego Ferrari budzi dość mieszane odczucia, eufemistycznie to ujmując. Z kolei w kwestii projektu kabiny ciężko mieć według mnie jakiekolwiek zastrzeżenia.

Galeria: 2 zdjęcia
Galeria zdjęć
zdjęcie galerii
zdjęcie galerii
REKLAMA

Do zajęcia miejsca w środku zachęcają otwierające się w przeciwnych kierunkach drzwi. A tam na kierowcę czeka już nowoczesny, aczkolwiek niepozbawiony ukłonów w stronę tradycji, kokpit.

Ferrari Luce

Moim ulubionym elementem w tym wnętrzu jest bez dwóch zdań cieniutka, trójramienna kierownica, nawiązująca do wyścigowych Ferrari z lat 50. W tamtych czasach służyła jednak tylko do kierowania, natomiast obecnie znajdują się na niej m.in. przyciski kierunkowskazów oraz przełączniki od tempomatu, wycieraczek i trybów jazdy.

REKLAMA
Galeria: 2 zdjęcia
Galeria zdjęć
zdjęcie galerii
zdjęcie galerii

Fantastyczny jest również zestaw wskaźników. Zamiast ordynarnego tabletu są tutaj trzy, stylowe okrągłe wyświetlacze zegarów, które na pierwszy rzut oka mogą wręcz wydawać się całkowicie analogowe. Coś pięknego, nawet jeśli to tylko złudzenie.

REKLAMA
Galeria: 2 zdjęcia
Galeria zdjęć
zdjęcie galerii
zdjęcie galerii

W kategorii niemal dzieła sztuki postrzegam też ekran centralny. Podczas gdy chińskie marki próbują imponować obracanymi czy przesuwanymi wyświetlaczami, Ferrari poszło w stronę pełnej regulacji. Środkowy ekran można bowiem obracać na boki, a także do góry i do dołu.

REKLAMA
Galeria: 2 zdjęcia
Galeria zdjęć
zdjęcie galerii
zdjęcie galerii

Do tego jeszcze ten zegarek z prawdziwymi wskazówkami w górnym prawym rogu ekranu. Albo przełączniki do sterowania klimatyzacją w jego dolnej części. Po prostu majstersztyk.

REKLAMA

Ogólnie rzecz biorąc, wnętrze Ferrari Luce pełne jest tego typu detali. Podejrzewam, że nawet po spędzeniu w tym aucie połowy dnia i nadal mógłbym odkrywać kolejne „smaczki”. Może kiedyś jeszcze będę miał okazję.

Galeria: 4 zdjęcia
Galeria zdjęć
zdjęcie galerii
zdjęcie galerii
zdjęcie galerii
zdjęcie galerii
REKLAMA

Ferrari Luce to techniczne arcydzieło

Odnoszę wrażenie, że w dyskusji na temat Luce wszyscy skupili się na jego wyglądzie, a prawie nikt nie zajrzał do danych katalogowych. A do tych trudno się przyczepić. Dowody?

Ferrari Luce

Ferrari Luce jest wyposażone w cztery silniki elektryczne (po jednym przy każdym kole), które oddają do dyspozycji kierowcy maksymalnie 1050 KM i 990 Nm. Podejrzewam, że spokojnie mogłyby więcej, ale Włosi zapewne uznali, że jednak nie wypada, żeby ich pierwszy samochód na prąd był mocniejszy od topowego modelu spalinowego, czyli wspomnianej wcześniej Testarossy.

Ferrari Luce

Osiągi również zostały dobrane tak, żeby nie zaszkodzić pozycji flagowego spalinowca. Luce przyspiesza od 0 do 100 km/h w 2,5 s, a od 0 do 200 km/h w 6,8 s, czyli o kilka dziesiętnych wolniej. Maksymalnie rozpędza się natomiast do 310 km/h, podczas gdy Testarossa przekracza 330 km/h. Równowaga w przyrodzie została więc zachowana.

Ferrari Luce

A właśnie, co do wagi – elektryczne Ferrari waży 2260 kg, a Testarossa 1570 kg. Różnica równa mniej więcej masie własnej Fiata Cinquecento też nie pozostaje bez znaczenia na przyspieszenie.

Jako samochód elektryczny Luce także przedstawia się nieźle – ma baterię o pojemności 122 kWh brutto i oferuje 530 km zasięgu. Maksymalna moc ładowania wynosi 350 kW.

Wnioski pewnie już znacie

Ferrari Luce

Na prezentację elektrycznego Ferrari jechałem trochę jak na pierwsze spotkanie z aplikacji randkowej – niby coś o tej drugiej stronie wiedziałem, ale dotychczas dzielił nas tylko ekran. Na żywo mogło być różnie. Miałem nadzieję, że olśni mnie jego blask (w końcu Luce to po włosku światło), ale równie dobrze po przywitaniu mogła nastać niezręczna cisza i nerwowe rozglądanie się na boki.

Tym razem zwyciężyła jednak zdecydowanie ta pierwsza opcja. W mojej opinii Ferrari Luce wygląda z bliska znacznie lepiej niż na zdjęciach, choć projektu tylnej części nadwozia mimo szczerych chęci nie jestem chyba w stanie obronić. Ale za to raz jeszcze podkreślę, że duży wpływ na odbiór auta ma jego konfiguracja kolorystyczna – ta konkretna mnie po prostu kupiła.

Oczywiście, nadal mam pewne wątpliwości, czy Luce aby na pewno pasuje do gamy Ferrari. Oceniając samą bryłę nadwozia, podejrzewam, że można by dopasować do niej różne znaczki. Jeśli natomiast zaczniemy przyglądać się detalom, te rozterki natychmiast znikną.

Pierwsze elektryczne Ferrari ma wygląd, obok którego nie można przejść obojętnie, obszerne wnętrze z dużym bagażnikiem, fenomenalne osiągi i stosowną do swojego wizerunku cenę (start od 550 tys. euro, czyli 2,4 mln zł), a do tego jestem przekonany, że jeździ też dokładnie tak, jak na auto z Maranello przystało.

To ostatnie to rzecz jasna tylko moje przypuszczenie, choć mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się osobiście o tym przekonać.

Mateusz Łubiński
Redaktor

Z motoryzacją związany od dziecka - rodzinna legenda głosi, że jego pierwsze pełne zdanie wypowiedziane w języku polskim dotyczyło Fiata Tipo. W 2018 roku rozpoczął współpracę z redakcją tygodnika Motor, a przez kilka ostatnich lat pisał dla Wyboru Kierowców. Specjalizuje się w prezentowaniu i testowaniu motoryzacyjnych nowości, ale graciarstwo też nie jest mu obce. W swoim garażu trzyma między innymi Mercedesa W115, dwa Maluchy i Mustanga. W wolnym czasie przeważnie serwisuje swoje wozy albo jeździ nimi na zloty i rajdy, a czasami zdarza mu się nawet samemu zorganizować jakąś imprezę dla zabytków.

REKLAMA
REKLAMA