Nie myliłeś się. Nikt nie chce w aucie tego gadżetu
Producenci wpychają nam do kokpitów kolejne wyświetlacze, a kierowcy coraz częściej odpowiadają wzruszeniem ramion. Najnowsze badanie pokazuje, że wyświetlacz montowany naprzeciw fotela pasażera w co trzecim aucie nigdy nie został włączony.

Patrzę na kokpity tych wszystkich nowych aut i mam wrażenie, że ktoś wkleił mi do środka witrynę sklepu RTV. Ekran zegarów, ekran centralny, ekran przed pasażerem, do tego pasek pod szybą. Producent nazywa to nowoczesnością, a jakże. Ja widzę tu głównie fakturę do zapłacenia. I wygląda na to, że nie jestem sam, bo dane właśnie pokazały, że to tylko drogie kurzołapy.
W dorocznym badaniu Tech Experience Index Amerykanie przepytali 68 084 właścicieli nowych aut po 90 dniach użytkowania. Sprawdzono 40 technologii w pięciu kategoriach.
Wnioski są bezlitosne dla działów marketingu: ludzie najbardziej lubią te rozwiązania, których w ogóle nie zauważają, a najgłośniej reklamowane gadżety lądują w koszu na niechciane funkcje.
Więcej nie zawsze oznacza lepiej
Gwoździem programu jest ekran przed pasażerem, czyli trzeci wyświetlacz, którym producenci tak lubią się chwalić na premierach. Zebrał 21,3 usterki na sto pojazdów, co czyni go jednym z najbardziej problematycznych rozwiązań w całym zestawieniu.
Ale to nie ta liczba jest tu najważniejsza – bo oto aż 35 proc. właścicieli aut z takim ekranem przyznało, że nigdy nawet nie spróbowało go użyć. Codziennie sięga po niego zaledwie 6 proc. kierowców.
Przełóżmy to na nasze. Kupujesz auto, dopłacasz za dodatkowy ekran, a potem ten wyświetlacz przez cały cykl życia samochodu zionie pustką jak wygaszacz w biurze o północy. Złoty biznes to to nie jest.
A dopłacić trzeba, i to nie mało. W nowym BMW X5 monitor dla pasażera to wydatek 7100 zł za sam panel plus 2400 zł za obowiązkowy pakiet cyfrowych usług. Razem 9500 zł. Te pieniądze można przeznaczyć na porządne wakacje albo kawał remontu, a zamiast tego funduje się sobie prostokąt, na który pasażer nawet nie spojrzy.

W Mercedesie GLE czy Audi Q7 to samo dostajemy w cenie auta, ale to marna pociecha. Ta cena skądś się bierze. Po prostu w BMW możesz ją obniżyć, nie płacąc i odbierając auto z zaślepką. Mercedes czy Audi wsadzają ekran i każą płacić bez dyskusji.
Nie tylko ekrany
Ta sama logika dopada też bardziej wypasione systemy wspomagania kierowcy. Prostsze rozwiązania Level 2, w których trzeba trzymać ręce na kierownicy, wypadły w ocenie właścicieli lepiej niż bardziej rozbudowane systemy Level 2+. I to mimo że to te drugie notują nieco mniej usterek, 13,8 wobec 14,3 na sto pojazdów.
Więcej automatyki wcale nie oznacza więc większego zadowolenia. Człowiek woli wiedzieć, że to on prowadzi, a nie że auto łaskawie pozwala mu potrzymać kierownicę.
Bohaterowie, których nie widać
Czego chcą klienci? Wystarczy spojrzeć na drugi biegun tego zestawienia. Najwyżej ocenione zostało inteligentne uruchamianie silnika, które odpala i gasi auto bez grzebania w kieszeni w poszukiwaniu kluczyka. Do tego zaledwie 2,4 usterki na sto pojazdów. Podobnie wypadła inteligentna klimatyzacja.
Wniosek jest jasny – kierowcy cenią technologię, która się nie narzuca, a po prostu działa.

Branża zdaje się wreszcie dostrzegać tę rozbieżność między tym, co forsuje marketing, a tym, czego naprawdę chce klient.
Volkswagen odstawił dotykowe przyciski w kierownicy i przywrócił normalne guziki, Audi obiecuje mniejsze ekrany, a i Toyota przestaje się upierać. Cała stawka zawraca. Jedno BMW jeszcze brnie pod prąd, chowając się za hasłami o postępie i tłumacząc, że kierowcy poniżej 45. roku życia rzekomo wolą gadać z autem niż nacisnąć guzik. Jeszcze.
Badanie potwierdza prostą prawdę: kierowcy nie nienawidzą technologii jako takiej. Po prostu nienawidzą rozwiązań, które nic nie robią, a które trzeba obsłużyć, dopieścić i jeszcze za nie zapłacić.
Prawdziwy luksus w aucie z 2026 roku to funkcja, o której się zapomina, bo po prostu działa. Nie kolejny ekran, który świeci sam do siebie.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.