Zabudowa nie przeszła. Dostawczak jechał dalej

Kierowca myślał, że przejedzie, ale trochę się przeliczył. Widocznie musiał gonić go czas, bo zostawił zabudowę na drodze i po prostu odjechał.

Zabudowa nie przeszła. Dostawczak jechał dalej

Jeśli myślicie, że ostatnio na polskich drogach nie wydarzyło się nic bardziej szalonego pod pościgu na drodze ekspresowej S6, grubo się mylicie. W Sędziszowie Małopolskim doszło chyba do jeszcze bardziej abstrakcyjnej sytuacji. Kierowca tego dostawczaka chyba naprawdę gdzieś się spieszył, choć w grę wchodzi też inna teoria.

Fot. Polskie Radio Rzeszów

Dostawczak zgubił zabudowę przez wiadukt

O tym, że czasem można się przeliczyć, po ostatniej sytuacji z Toyotą chyba już doskonale wiecie, ale obok tego przykładu też trudno przejść obojętnie. Aby poznać tę historię trzeba przenieść się do Sędziszowa Małopolskiego, miasta w województwie podkarpackim leżącego niecałe 20 km na zachód od Rzeszowa. To właśnie tutaj ulica Kolbuszowska w pewnym momencie wiedzie pod wiaduktem, przez który biegną tory kolejowe.

Jak opisuje Polskie Radio Rzeszów, około godziny 11:30 w ostatni wtorek, a więc 30 czerwca, pewien kierowca dostawczaka nieco przeliczył się z wysokością swojego pojazdu. Jadąc w stronę centrum próbował przejechać pod wiaduktem i teoretycznie nawet mu się to udało. Problem w tym, że maksymalna wysokość w tym miejscu wynosiła zaledwie 2,5 metra, o czym informowały znaki B-16.

W efekcie pojazd przeszedł, ale zbyt wysoka zabudowa zaczepiła się o wiadukt i wręcz zdarła z dostawczaka. I nie byłoby w tym nic zaskakującego, ot wpadka jak wpadka, gdyby nie to, że kierowca z jakiegoś powodu odjechał z miejsca zdarzenia. Pierwsze, co naturalnie przychodzi do głowy to pośpiech i zaaferowanie, przez które kierujący mógł nawet nie poczuć, że coś się stało. Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić, że wstrząsy ani hałas zrywanej zabudowy nie zwrócił jego uwagi.

Zabudowa została na drodze i tamowała ruch. Na zdjęciu widać nawet BMW, które zapewne próbuje przejechać pod wiaduktem. Na miejscu pojawili się jednak strażacy, którzy posprzątali rozrzucone pozostałości zabudowy, a według policji sam wiadukt nie został uszkodzony. Obok tego co się stało nie można jednak przejść obojętnie, dlatego zadaniem funkcjonariuszy będzie teraz znalezienie właściciela zguby.

Założę się, że nie będzie to proste zadanie i właśnie tutaj przechodzimy do drugiego teoretycznego scenariusza dotyczącego, co tu w ogóle zaszło. Kierowca dostawczaka mógł też dobrze wiedzieć, co się stało, ale postanowił odjechać, licząc że nikt nie zarejestrował jego wyczynu na kamerze, co ułatwiłoby jego namierzenie. To jednak daleko idąca hipoteza, podobnie jak ta, czy kierowca aby na pewno był trzeźwy, ale jedno jest pewne, gdy już się znajdzie, będzie musiał liczyć się z konsekwencjami.

Trudno stwierdzić, jak dokładnie policja zakwalifikuje jego wybryk, skoro wiadukt nie został poważnie uszkodzony. Niezastosowanie się do znaku B-16 „zakaz wjazdu pojazdów o wysokości ponad … m” wydaje się jednak oczywiste, a jeśli uda się potwierdzić, że kierowca celowo uciekł z miejsca zdarzenia, konsekwencje mogą być jeszcze poważniejsze.

Więcej o dostawczakach przeczytasz tutaj:

Damian Lewandowski
Redaktor

Ukończył studia na kierunku Dziennikarstwo i komunikacja społeczna. Na co dzień specjalizuje się w marketingu medycznym jako SEO writer i redaktor tekstu, ale to motoryzacja zajmuje specjalne miejsce w jego sercu już od najmłodszych lat. W wolnych chwilach rozwija pasję do fotografii, wykonując sesje zdjęciowe samochodów sportowych. W swoim portfolio ma dziesiątki współczesnych modeli Ferrari, Lamborghini i Porsche. Kocha lotnictwo, dlatego weekendami potrafi godzinami szybować po cyfrowym niebie.