Pojechałem na dwudniowy zlot klasyków. Takich nieco większych, ale tak lubię
Na początku maja, o czym pisałem TUTAJ, pofatygowałem się na Zlot Ikarusów na Węgrzech. W Polsce też można zrobić imprezę w podobnym stylu, na której będzie więcej, niż 10-15 pojazdów.

Ogółem, koncepcja zlotu zabytkowych autobusów w Polsce nie jest sama w sobie niczym odkrywczym, ponieważ tego typu wydarzenia odbywają się już od lat, chociażby z okazji Nocy Muzeów. Niemniej, taka impreza na taką skalę, na którą przyjechało jakieś kilkadziesiąt maszyn, to przedsięwzięcie u nas dosyć świeże. W Rzeszowie po raz drugi zorganizowano Zlot Zabytkowych Autobusów.
Pojazdy były różne, kwadratowe i podłużne, nowe i stare, polskie i zagraniczne
Coś, co zwróciło moją największą uwagę, oprócz oczywiście samej liczby wozów, to ich duże zróżnicowanie. Na miejsce przyjechały pojazdy z różnych epok i różnych stron świata, dzięki czemu zwiedzanie nie kończyło się po 30 minutach. Co więcej, nie przyjechały wyłącznie same autobusy, ponieważ swój kącik miały też również co ciekawsze wozy techniczne.
Tytułem preludium, krótkie zdjęciowe streszczenie, co i jak:






Autosan H9 jest Polonezem wśród autobusów
Co z jednej strony jest komplementem, a z drugiej pewnego rodzaju złośliwym przytykiem. Zasadniczo, pojazd przez swój wkład dla historii Polski wymaga należytego szacunku, ale mam wrażenie, że jego dominacja na imprezach tego rodzaju jest tak przytłaczająca, iż w tłumie kilkunastu takich samych wozów znikają naprawdę ciekawe egzemplarze. A takich kilka przyjechało.


Nie licząc dwóch miejskich H9, wrażenie robił H9-03 z 1974 roku, czyli sztuka pochodząca z jednego z pierwszych lat produkcji. Towarzystwa dotrzymywał mu H9-15 z 1977 roku - to jego bardziej luksusowa wersja, wyposażona w pełen “turystyczny” osprzęt w postaci dodatkowego nagłośnienia wnętrza.
Najliczniejsze były Jelcze, także pod kątem mnogości modeli
Zupełnie odwrotnie do Autosanów, przedstawicielstwo Jelczy było znacznie bardziej zróżnicowane. Wiadomo, że niemal wszyscy pochodzą z jednego z dwóch wspólnych przodków: albo czeskiej Skody 706RTO, albo francuskiego Berlieta PR100. Pomimo tego, że miały wspólny mianownik, to przyjechało dużo zupełnie różnych egzemplarzy.





Oczywiście, nie wszystkie obecne Jelcze pochodziły z tego samego drzewa genealogicznego. Ciekawym egzemplarzem był model M125M Dana - całkowicie autorski projekt, który niestety nie odniósł sukcesu, chociaż zapowiadał się naprawdę sensownie. Powstało zaledwie kilkadziesiąt egzemplarzy, z czego kilkanaście pod nazwą Dana, a reszta jako Vecto. Wóz widoczny na zdjęciu pochodzi z 1999 roku - jednego z pierwszych w ogóle.

Ikarusy serii 200 były trzy - aż o dwa więcej, niż w ubiegłym roku
Chociaż Ikarus polski nie był, to z naszym państwem związany był przez długie lata i nie ma osoby z mojego rocznika, która nie kojarzyłaby tego pojazdu z młodości. Sam darzę te auta ogromną sympatią i sentymentem, ponieważ jako dzieciak wyjeździłem takimi setki, jak nie tysiące kilometrów do szkoły i nazad.
Do Rzeszowa dotarły trzy sztuki, z czego najciekawszy egzemplarz to niespotykany u nas model z dwubiegowym automatem Praga. Z tego, co mówił jego właściciel, jadąc na kołach z Warszawy do Rzeszowa pojazd poruszał się z prędkością około 50 km/h. Zestarzał się przy tym o 15 lat.

Zlot zwieńczyła parada ulicami Rzeszowa, zaś dzień wcześniej kilkanaście wozów jeździło po mieście w ramach regularnych linii autobusowych
Sam wyjazd kolumny pojazdów z zajezdni na trasę zajął jakieś kilkanaście minut, co dobrze pokazuje, jak liczna była to impreza. Natomiast równie ciekawe, jak nawet nie ciekawsze od samego zlotu wydarzenie odbywało się dnia poprzedniego, kiedy kilkanaście autobusów kursowało po Rzeszowie w ramach dwóch linii miejskich. Można było z nimi aktywnie obcować, a nie tylko patrząc na zaparkowany eksponat.








Jedyny minus z perspektywy miłośnika był taki, że wspomniane linie uruchomiono w piątek po południu, w czasie największych korków. Efektem było, że wszystkie rozkłady jazdy całkowicie się rozjechały, tak że trudno było wycelować w konkretny kurs. Pojazdy w pewnym momencie podjeżdżały na przystanki całkowicie przypadkowo, na “nie swoich” liniach i o zupełnie losowych godzinach.
Szukajmy jednak pozytywów w każdym aspekcie - pasażer powinien się cieszyć, że autobus w ogóle przyjechał, jak za dawnych lat.
Dziennikarz, fotograf, podróżnik i graciarz. Od 2019 roku redaktor Magazynu Classicauto, występował również gościnnie w Plejady Subaru. Etatowo od 2015 roku instruktor nauki jazdy, od 2018 roku w warszawskiej szkole GazeLka, gdzie uczy młodych ludzi graciarstwa od podstaw. Pomiędzy wierszami biega z aparatem po obskurnej i zapadłej Polsce, publikując swe zdjęcia na instagramowym profilu Polska w ruinie. Czasami zabawia towarzystwo organizacją imprez nawigacyjno-turystycznych pod szyldem Stary Pojazd i Może. Jeździ na co dzień tym, co akurat rano odpali.