Prezydent ułaskawił wycinaczy DPF. Bo diesel musi dymić
Donald Trump ułaskawił dziewięciu ludzi skazanych za wycinanie układów oczyszczania spalin z diesli. Napisał, że po prostu naprawiali swoje auta. My też mamy swoje tradycje w tej dyscyplinie, ale robimy to dyskretniej.

Trump ogłosił w mediach społecznościowych, że podpisał ułaskawienia dziewięciu osób skazanych za łamanie federalnej ustawy o czystym powietrzu. Nazwał ich ludźmi, których poprzednia administracja prześladowała za – uwaga – naprawianie własnego samochodu.
Ułaskawienie podpisał tuż przed weekendem Święta Niepodległości, jakby chciał zrobić prezent całej dieslowej Ameryce. Wielkimi literami dorzucił, że wypuszcza ich wszystkich na wolność. Natychmiast.

Tyle że te prześladowane niewiniątka to byli mechanicy, właściciele warsztatów i tunerzy skazani za montowanie sprzętu i wgrywanie oprogramowania, które wyłącza układy kontroli emisji w dieslach.
Najgłośniejszy przypadek to firma Rudy's Performance Parts, która według Environmental Protection Agency sprzedała ponad 250 tys. urządzeń wyłączających kontrolę emisji. Właściciel Aaron Rudolf i sama firma zapłacili łącznie 10 milionów dolarów kar. Agencja policzyła, że sprzedane części dorzuciły tyle zanieczyszczeń, co miliony dodatkowych aut na drogach.
Land of the Free
To jest ten słynny rolling coal, o którym pisaliśmy już lata temu. Wymontowujesz z wielkiego diesla wszystko, co ogranicza emisję (a tym samym moc), dorzucasz modyfikacje i puszczasz w świat chmurę czarnego dymu. Najlepiej rowerzyście albo motocykliście prosto w twarz. To ma być wyraz wolności.
Amerykanie mają w tym doświadczenie. Bohaterowie programu Diesel Brothers z kanału Discovery zapłacili 850 000 dolarów kary, bo ich zmodyfikowany pickup emitował 36 razy więcej gazów niż powinien.
Dla porównania: Volkswagenowi w aferze Dieselgate udowodniono przekroczenie ponad 40-krotne. Diesel Brothers doszli do podobnego poziomu emisji, tylko zamiast pozwów zbiorowych dostali oglądalność i szum w mediach społecznościowych. 850 tys. dolarów spłaciło się samo.
Diesel Brothers to była jedna firma – a według szacunków EPA cały ten proceder objął w USA co najmniej 500 000 zmodyfikowanych pojazdów, które przez cały cykl życia wyplują około 570 000 ton tlenków azotu. To dziesięciokrotność tego, co auta z Dieselgate. Natomiast Donald Trump nazywa to naprawianiem swojego auta.

Warto dodać, że to nie jest pojedynczy kaprys. Departament Sprawiedliwości już wcześniej polecił prokuratorom federalnym wycofać pozostałe sprawy karne dotyczące aftermarketowych części do dymienia.
Natomiast 29 czerwca Trump podpisał rozporządzenie nakazujące EPA zdjąć priorytet ze ścigania cywilnego manipulacji przy kontroli emisji. Ułaskawienie to wisienka na torcie, który pieczono miesiącami. Sygnał jest czytelny: możesz truć, jesteś kryty.
W Polsce pozostaje partyzantka
No dobra, ale co to ma wspólnego z nami. Wszystko, tylko odwrotnie.
U nas nikt nikogo za dymienie nie ułaskawia. Czyli dobrze? No tak nie do końca, bo brak ułaskawień wynika z tego, że nikt nikogo specjalnie nie karze. Polski patent jest inny.
Samo wycięcie DPF-a nie jest karalne, bo Ministerstwo Infrastruktury w odpowiedzi na interpelację przyznało, że serwisowania w niezależnych warsztatach ustawa po prostu nie reguluje. Warsztat tnie, klient płaci, karawana jedzie dalej.
Problem zaczyna się dopiero, kiedy takie auto wyjedzie na drogę. Zgodnie z artykułem 66 Prawa o ruchu drogowym urządzenia chroniące środowisko muszą działać „sprawnie i skutecznie”. Pusta puszka po DPF-ie raczej tego warunku nie spełnia.
Za jazdę bez DPF grozi grzywna do 5000 zł, a policjant albo inspektor może zatrzymać dowód rejestracyjny na podstawie samego uzasadnionego przypuszczenia. Nie musi robić drobiazgowej analizy na miejscu. Wystarczy, że zobaczy, jak dymisz.

W ostatnich latach pojawił się temat zmian, które miały zobowiązywać stacje kontroli pojazdów do mierzenia zawartości spalin. Jednak wbrew medialnym zapowiedziom liczniki cząstek stałych nadal nie są obowiązkowym wyposażeniem stacji, a kontrola emisji w Polsce zasadniczo się nie zmieniła – diesle wciąż mogą przejść przegląd z wyciętym DPF-em, o ile komputer nie zgłasza błędów.
Różnicę widać jak na dłoni. W USA robi się z tego wojnę kulturową, w której dym to amerykański sztandar, wręcz element tożsamości, a prezydent to obrońca uciśnionych. U nas to szara strefa, cichy handel emulatorami i modlitwa, żeby diagnosta nie zajrzał do rury.
Amerykanin dymi z dumą. Polak dymi z kalkulatorem w ręku, bo nowy filtr potrafi kosztować od kilku do kilkunastu tysięcy złotych.
I tu robi się gorzko. Bo łatwo wyśmiać rednecka w gigantycznym pickupie. Trudniej spojrzeć na własne podwórko, gdzie starszy diesel bez filtra to często nie manifest, tylko rachunek ekonomiczny.
Trump podpisał kartkę i dziewięciu ludzi jest wolnych. Nasz smog nie potrzebuje ułaskawienia, bo formalnie nikt go nie skazał. On sobie po prostu wisi nad miastem, legalnie nielegalny.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.