Chińskie auto zmieniło się w grill. To hit sprzedaży
Trzy auta, jedna łańcuchowa kraksa i hybrydowy BYD, który dopalił się do gołej ramy. A mimo to z płonącego wraku wszyscy wyszli cało. Największym zagrożeniem wcale nie okazał się napęd.

Na obwodnicy chińskiego miasta Chengdu zderzyły się trzy auta, a hybrydowy sedan BYD po chwili stanął w ogniu i dopalił do gołej ramy. Szczęśliwie skończyło się na groźnie wyglądających obrazkach – kierowca i pasażer wyszli oknami, zanim kabinę pochłonęły płomienie.
Na samą myśl przechodzą ciarki. Kolizja, siedzisz w środku, poduszki właśnie przywaliły ci w twarz. Tracisz na sekundę przytomność, a kiedy ją odzyskujesz, drzwi ani drgną. Dokładnie tak całe zdarzenie opisał właściciel auta. Razem z pasażerem na chwilę stracili świadomość, a gdy oprzytomnieli, klamki okazały się bezużyteczne. Wygramolili się oknami na moment przed tym, jak wnętrze stanęło w ogniu.
Pierwszy bezsprzecznie pozytywny punkt: nikt nie zginął. Przy trzech autach zmiażdżonych w łańcuchowej kraksie i jednym doszczętnie spalonym to wynik, który brzmi jak cud, a jest po prostu skutkiem tego, że poduszki zadziałały tak, jak miały zadziałać.
Gorzej z drzwiami. Producenci lubią opowiadać o inteligentnych systemach, które w razie wypadku same odblokowują zamki, a tu klamki odmówiły posłuszeństwa i trzeba było uciekać przez okna jak w filmie akcji z lat dziewięćdziesiątych. Na szczęście szyby da się otworzyć albo wybić, bo inaczej ta historia miałaby zupełnie inne zakończenie.
Skąd wziął się ogień?
Przyczyny pożaru na razie nie ustalono. Właściciel twierdzi, że płomienie buchnęły z tyłu, zaraz po tym, jak auto dostało w zderzak. To jednak jego relacja z miejsca zdarzenia, a nie ustalenie techniczne. Policja wciąż sprawdza, czy zapłon miał związek z układem paliwowym, instalacją elektryczną, czy z czymś zupełnie innym. Warto trzymać się tego rozróżnienia, bo internet już zdążył wydać wyrok.
„Układ paliwowy” nie jest tu błędem. Auto miało co prawda zieloną tablicę „New Energy”, ale takie blachy w Chinach dostają zarówno PHEV-y, jak i BEV-y. Z nagrania wynika natomiast, że był to model BYD Qin Plus w wersji DM-i – z większym, otwartym grillem z przodu, który występuje w hybrydzie, a nie ma go w wariancie EV. Potwierdził to zresztą sam właściciel.

To nie pierwszy raz, gdy BYD trafia na czołówki przez pożar. W czerwcu opisywano zderzenie hybrydy Qin L z Mazdą, w którym zapalił się akurat spalinowy japończyk, a bateria BYD wyszła z tego bez szwanku. W marcu z kolei płonął model Seal w Hongkongu, gdzie kierująca uciekła z kabiny chwilę przed tym, jak pochłonęły ją płomienie.
Bywa też odwrotnie, gdy ogień trawi cały salon marki, a producent i tak zaklina się, że baterie były w porządku. Za każdym razem schemat jest podobny: najpierw nagranie, potem panika, a na końcu żmudne śledztwo, które już mało kogo interesuje.
Bo tak naprawdę cała ta reputacja płonących elektryków to w dużej mierze mit. Statystyki są bezlitosne, tyle że w drugą stronę. W pierwszym kwartale 2026 roku w Polsce spłonęło zaledwie 14 aut elektrycznych i aż 2315 spalinowych. I oczywiście pierwszym odruchem (skądinąd słusznym) jest wielokrotnie większy rozmiar floty tych drugich. Natomiast – co ciekawe – Raport Bezpieczeństwa Pożarowego EV podaje, że dla obu napędów wskaźnik jest taki sam i wynosi 0,097 (dla hybryd 0,017).
Będzie tego coraz więcej
Mimo to jeden spalony sedan w Chengdu zrobi w sieci więcej szumu niż dwa tysiące spalonych aut spalinowych razem wziętych. Bo płonący NEV to gotowy materiał na nagranie, a spalinówka to nuda, o której nikt nie kręci filmiku.
Qin Plus to zresztą wciąż jeden z filarów sprzedaży BYD. W czerwcu 2026 roku sama wersja elektryczna rozeszła się w liczbie 13 726 sztuk, co dało jej czwarte miejsce w gamie marki. Auto, które trafia do dziesiątek tysięcy klientów miesięcznie, prędzej czy później pojawi się na jakimś dramatycznym nagraniu, choćby dlatego, że na drogach jest go po prostu bardzo dużo.
Ta historia dobrze pokazuje, jak działa nasza wyobraźnia. Widzimy jedno auto w płomieniach i od razu mamy gotową tezę o niebezpiecznych chińskich elektrykach. A wystarczy spojrzeć na liczby, żeby zobaczyć, że najgroźniejszym elementem tej opowieści były zablokowane drzwi, a nie napęd. Reszta to strach, który lubimy sobie sami podkręcać.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.