To nie samochody elektryczne płoną najczęściej. Nowy zwycięzca (nie jest spalinowy)
Nowy raport straży pożarnej i PSNM znów pokazuje, że elektryki płoną rzadziej niż spalinówki. Ale najciekawszy jest wskaźnik dla aut wodorowych, bo obnaża, jak łatwo tą samą liczbą udowodnić dwie sprzeczne tezy naraz.

Jest w polskim internecie pewien odruch: pod każdą wzmianką o płonącym aucie ktoś deklaruje, że to na pewno elektryk, nawet jeśli na zdjęciu dopala się dwudziestoletni diesel. Wałkujemy ten temat od lat i za każdym razem kończy się tak samo – liczby mówią jedno, a strach na internetowych forach i grupkach w mediach społecznościowych drugie.
Najnowsza odsłona to kwartalny raport bezpieczeństwa pożarowego w oparciu o dane straży pożarnej, firmowany przez Polskie Stowarzyszenie Nowej Mobilności. Nie do końca bezstronne źródło, ale takie jest.
Nihil novi
Co mówią liczby? Nic nowego. Otóż w pierwszej połowie 2026 roku spłonęło u nas 26 aut elektrycznych i 4935 spalinowych. Na oko miażdżąca przewaga tych drugich, ale to nie jest uczciwe porównanie, bo elektryków po prostu jest mniej i są znacznie nowsze.
Dlatego liczy się co innego: wskaźnik pożarów na tysiąc zarejestrowanych aut. I tu elektryki wypadają lepiej od spalinowych: 0,168 wobec 0,201. Co więcej, flota aut na prąd urosła przez rok z niecałych 99 tysięcy do prawie 155 tysięcy, a liczba pożarów drgnęła tylko z 23 do 26. Więcej aut, a ryzyko na sztukę spada. Tyle w temacie paniki.
Tu w zasadzie moglibyśmy skończyć, gdyby nie jedna pozycja w tabeli, która zasługuje na osobny akapit i szczery uśmiech.
Elektryki to pikuś przy wodorze
Otóż najwyższy wskaźnik pożarów w całym zestawieniu mają auta wodorowe. Nie elektryki, nie diesle, a właśnie pojazdy na wodór. I to nie jest drobna różnica, bo ich wynik to aż 3,195 przypadki na tysiąc pojazdów, czyli mniej więcej dwadzieścia razy gorzej niż spalinowe.

Na pierwszy rzut oka dramat. Tylko pierwszy rzut oka rzadko kiedy wystarczy do tego, żeby ogarnąć pełny obraz. A ten wygląda tak, że w Polsce jeździ ich około 630, a od 2020 roku zapaliły się... dwa. Dobrze czytacie – dwa auta wystarczyły, żeby cała kategoria wskoczyła na szczyt rankingu grozy.
Co więcej, żaden z tych dwóch pożarów nie zaczął się od wodoru. Jeden dotyczył autobusu i przeszedł bez echa, a przy drugim ogień przeniósł się z płonącego obok samochodu spalinowego. Napęd wodorowy nie miał z zapłonem nic wspólnego, ale w tabelce się świeci.
To zresztą reguła, nie wyjątek, bo elektryki w Chinach potrafią spłonąć od podpalonego przez sąsiada puchu topoli, a nie od własnej baterii. Statystyka nie zna kontekstu, statystyka zna tylko dzielenie.
I co z tego wynika?
Co tylko chcesz. Tę samą liczbę można sprzedać na kompletnie różne sposoby:
Tytuł 1: Auta elektryczne bezpieczniejsze od spalinowych, oficjalne dane potwierdzają
Tytuł 2: Auta wodorowe płoną dwadzieścia razy częściej niż spalinowe
Tytuł 3: Mimo kilkukrotnie wyższego wieku spalinówki płoną niemal tak często jak nowiutkie EV
Każdy teoretycznie prawdziwy, wszystkie wynikają z tego samego arkusza, a różnią się wyłącznie tym, którą rubrykę postanowisz wskazać palcem.
Sami autorzy raportu zresztą uczciwie dopisali, że przy tak śladowej liczbie wodorówek pojedyncze zdarzenie wywraca cały wskaźnik i nie należy go czytać jako miary realnego ryzyka. Szkoda tylko, że taka adnotacja jest upchnięta gdzieś na końcu jako dopisek, a nigdy nie mieści się w nagłówku. A to nagłówek zostaje ludziom w głowie.
Raport z klasą – bez pytań o wiek
Do tego dochodzi wątek, który zawsze pojawia się w komentarzach (i bardzo słusznie): elektryki wypadają dobrze między innymi dlatego, że są młode. Spalinówki płoną często, bo po naszych drogach jeździ mnóstwo dwudziesto- i trzydziestoletnich wraków z przetartą, pogryzioną czy luźną instalacją.

Niestety nikt jeszcze nie pokusił się o obiektywne zbadanie tematu, a więc zestawienie aut z różnymi napędami, ale w podobnym wieku. Bo – umówmy się – porównywanie 25-letniej Fiesty z 2-letnią Teslą szczytem obiektywizmu nie jest. No ale mamy, co mamy. Na razie porównujemy nowe z zajeżdżonym i udajemy, że to fair. Prawdziwy test dla baterii przyjdzie, gdy dzisiejsze elektryki dobiją do dwudziestu lat na liczniku.
Dla porządku, ranking wygląda następująco: najbezpieczniejsze na papierze są hybrydy z wynikiem 0,038 (61 sztuk), potem elektryki (0,168 i wspomniane 26 sztuk), dalej spalinowe (0,201 i 4935 sztuk), a na samym szczycie – z gwiazdką i przypisem – auta napędzane wodorem. Dwa z sześciuset. Przy takich liczbach choćby jedno dodatkowe auto bez pożaru wywraca cały wynik. Oto cała potęga małej próbki w praktyce.
Morał jest niezmienny od lat i pewnie za kwartał pojawi się znowu: elektryki nie płoną częściej niż spalinówki, auta na wodór nie są tykającą bombą, a każdy, kto macha ci przed nosem jedną wyrwaną z kontekstu liczbą, najpewniej chce ci coś sprzedać.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.