Znikający krzyż na Giewoncie. Marka cierpliwe tłumaczy oburzonym
Wrzucone na X zdjęcie Rangera na tle Tatr z niewinnym podpisem „Dzień dobry” to idealny powód do awantury. Internet dopatrzył się usuniętego krzyża z Giewontu i ruszył na świętą wojnę. Tylko ta wojna, jak to z internetowymi wojnami bywa, skończyła się jeszcze przed obiadem.

Zaczęło się jak zawsze, czyli od samozwańczych detektywów tropiących afery. Szesnastego sierpnia profil Ford Pro Polska wrzucił na X zdjęcie niebieskiego Rangera stojącego na polnej drodze, w tle pasmo Tatr, na dole grzeczne „Dzień dobry”. Dzień jak co dzień. Fotka, jakich marki wrzucają setki.
I wtedy ktoś przybliżył ekran. A raczej nie przybliżył, bo o to właśnie poszło. Na szczycie Giewontu nie było widać krzyża, więc wniosek nasunął się sam: koncern usunął święty symbol. Nie „słabo widać z tej odległości”, nie „rozmyte tło za autem”, tylko od razu spisek na najwyższym szczeblu zarządu w Dearborn.
Gdzie jest krzyż, gdzie jest krzyż?!
Poszło lawiną. „Serio jesteście tacy bezczelni, że usuwacie krzyż z Giewontu?” – pytał jeden. „Usunięcie krzyża z Giewontu to znak, by nie kupować Forda” – dorzucał drugi. Cezary Gmyz wrzucił „niewinne” pytanie w odpowiedzi.
Poseł Janusz Kowalski ogłosił, że nigdy nie kupi Forda, bo to antypolska reklama i bezczelność. Były ambasador Marek Magierowski oznajmił, że owszem, kupi Rangera, ale zapłaci banknotami z napisem „In God We Trust”. Riposta godna dyplomaty, szkoda tylko, że wymierzona w aferę, której nie było.
Bo krzyż jak stał, tak stoi. Administrator profili Forda nie wdał się w wojnę światopoglądową, tylko cierpliwie powtarzał, że wystarczy powiększyć fotografię, żeby zobaczyć zarys żelaznej konstrukcji. Magierowskiemu odpisał wprost: nikt niczego nie usuwał, po prostu tak padło światło, krzyż był, jest i będzie. Zaprosił jeszcze do salonu. Na chłodno.
I tu następuje moment, który w polskim internecie zdarza się mniej więcej raz na dekadę. Magierowski przyjął wyjaśnienie, podziękował, napisał, że nie pozostaje mu nic innego jak uwierzyć, że tak padło światło, i skasował swój wpis. Oskarżyciel sam wycofał oskarżenie. Fala opadła równie szybko, jak wcześniej wezbrała, bo zabrakło jej głównego paliwa – wroga.
Już to przerabialiśmy
W 2014 roku identyczna burza wybuchła wokół rządowego spotu „Polska. Where the unbelievable happens”, w którym Giewont zamieniał się w kamiennego olbrzyma i też jakoś zgubił krzyż. Grzmiał wtedy Zbigniew Girzyński, dziwił się Leszek Miller, padło nawet porównanie do fotomontaży ze stalinowskiej propagandy.
Parę tygodni później poszło o okładkę magazynu „Welcome to Cracow”, gdzie krzyża na Giewoncie także nie było widać, i górale słali protesty do wydawcy. Ironią było to, że pół okładki zdobił napis „Merry Christmas & Happy New Year”.

Za każdym razem scenariusz okazywał się taki sam. Mgła, oświetlenie albo perspektywa sprawiały, że kilkumetrowa metalowa konstrukcja z odległości kilometrów robi się cienka jak włos. Zamiast sięgnąć po zoom, sięgamy po widły. Bo hipoteza „nie widać, bo daleko” jest nudna, a hipoteza „wycięli, bo nas prześladują” daje zasięgi, oburzenie i poczucie misji w jednym.
Fordowi nie są potrzebne zmyślone afery
Najzabawniejsze jest to, że akurat Ford potrafi robić rzeczy realnie denerwujące. To ten sam producent, który opatentował chociażby system automatycznie wyświetlający reklamy na ekranie w aucie zależnie od tego, koło czego przejeżdżasz. Gdyby ktoś chciał się obrazić, powodów jest na pęczki. Krzyż na Giewoncie akurat do nich nie należy.
Zanim następnym razem ruszymy bojkotować markę za usunięty krzyż, wieżę Eiffla albo cokolwiek, czego akurat nie widać, warto zrobić jedną rzecz, na którą stać nawet oburzonego posła – powiększyć zdjęcie. Wychodzi taniej niż zmiana samochodu i znacznie taniej niż drukowanie własnych banknotów.
A Ford? Cóż, zyskał darmową reklamę i pokaźne zasięgi postem, który bez świętego oburzenia przeszedłby zapewne kompletnie niezauważony. W tle słychać cichutki chichot Barbry Streisand.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.