Europejczycy nie odkryli używanych chińskich samochodów. Jest zupełnie odwrotnie
To będzie trudny wpis, absolutnie niszowy i zbyt zagmatwany, po którym w dodatku rozstaniemy się w atmosferze nierozumienia. Nie mam złudzeń. Chodzi o to, że to nie Europejczycy chcą używanych chińskich samochodów, tylko używane chińskie samochody chcą Europejczyków.

Przeczytałem dziś coś i mnie tknęło, że przeczytałem nieprawdę o chińskich samochodach. Niby norma w Internecie, niby wiem, że nie ma czym się przejmować, a także niby wiem, że jest to tak niszowe, że przy tym wpisie zapomniany w kącie piwnicy kartofel jest jak królowa balu dla celebrytów. Nie szkodzi, bo ja muszę.
Chodzi o to, że jeden z większych portali piszących o chińskiej motoryzacji uważa, że Europejczycy odkryli używane chińskie samochody i wyjaśnia, dlaczego tak się stało.
Wyjaśnia źle, bo nic takiego się nie stało. Jedyne, co stać się może, to stawianie chińskich nowych aut na rolkach, które pomogą nabić im przebieg. Zagmatwane? Z tego wszystkiego macie zapamiętać jedno: Chiny produkują za dużo samochodów.
Wieści o chińskich samochodach
Czytam często stronę CarNewsChina, bo dostarcza cennych informacji o chińskim rynku motoryzacyjnym. Prawie nie przeszkadza mi to, że jej redaktor naczelny jest jednocześnie założycielem platformy pośredniczącej w sprowadzaniu samochodów z Chin, bo i tego też na co dzień nie czuć ani nie widać.
Ale gdy przeczytałem, że Europejczycy odkryli używane chińskie samochody elektryczne, które są o 40 proc. tańsze od nowych, to trochę jednak doznałem pewnego żachnięcia.
Tekst sugeruje, jakoby w imporcie używanych aut z Chin do Europy była jakaś przyszłość, taki wręcz naturalny kierunek i to w ogóle już się dzieje. Oto jak zrozumiałem jego tezy:
- Europejczycy coraz chętniej kupują używane auta z Chin,
- ograniczenia nakładane przez UE temu sprzyjają,
- bo używane auta nie podlegają cłom wyrównawczym nałożonym na chińskie elektryczne samochody,
- a limit 350 tys. sztuk hybryd typu plug-in, które będą mogli co roku sprzedawać Chińczycy, jeszcze bardziej wzmocni ten trend.
Tezą nie jest już to, że używane chińskie auta można kupić za 60 proc. ich pierwotnej wartości. Czym zresztą zajmuje się firma wygłaszającego te tezy, czyli sprzedawaniem. Ale może po kolei.
Podaż przed popytem
Nie będę robił z siebie wielkiego analityka rynku chińskich samochodów, ale jedną prawdę znam. Oto ona: Chińczycy produkują tak dużo samochodów, że nie są w stanie ich wszystkich sprzedać u siebie. Wzrost, jaki się u nich dokonał, sprawił im w końcu poważne kłopoty.
Stąd biorą się wszelkie problemy z chińską ekspansją, stąd te wszystkie wieści o niewiarygodnym wzroście chińskiego eksportu. On rośnie w zastraszającym tempie, bo musi, a nie z powodu aż tak dużego zainteresowania klientów. Ono jest w dużej mierze wykreowane, bo wykreowane być musi.
Dlaczego? Wróć akapit wyżej, bo Chiny robią za dużo samochodów. W tej układance mieszczą się też używane chińskie samochody. Jeśli będzie nagły wzrost liczby ogłoszeń sprzedaży chińskich aut z przebiegiem ponad 6 tys. km, to także dlatego.
Argument Europejczyków
Chińczycy zalali nas samochodami w niskich cenach. Nie tylko dlatego, że złamali europejski monopol na kształtowanie wysokich cen, bo są mistrzami taniego produkowania i obnażyli dotychczas obowiązujący system.
Niskie ceny umożliwiają szybką ekspansję. Tam nie ma czasu na powolne budowanie tożsamości marek, stopniowe podgryzanie europejskiego tortu. Im to wszystko przestało się już dawno mieścić, tu trzeba sprzedawać, a nie się mozolnie przebijać.
Chińscy producenci biją się bardzo zaciekle na krajowym rynku, bo traci on już swą pojemność. Istnieją prognozy, ilu z nich będzie musiało upaść (wielu). I jest to jedna z przyczyn, dla których Europa nie jest kompletnie bez szans.
Można wyśmiewać Europejczyków za to, że poprosili Chiny, by nie sprzedawały im tak dużo samochodów hybrydowych typu plug-in. A Chińczycy na to, że nie i w śmiech. Do nałożenia limitu sprzedaży jednak zaraz dojdzie, mimo chińskiego oporu i pozornej słabości Europy.
Pozornie wszystkie argumenty są po chińskiej stronie, bo bez Chin nie da się produkować elektrycznych samochodów i akumulatorów, a Europa musi to robić, bo sama tak postanowiła (no powiedzmy, że sama). I to można wyciągać zawsze jako argument ostateczny. Ale Chińczycy potrzebują Europy i tego rynku, żeby sprzedawać swoje samochody, więc sytuacja nie jest aż tak patowa dla Europy, jak się może wydawać.
Chyba trochę odbiegliśmy od używanych samochodów, ale wbrew pozorom to się wszystko łączy, jak to mówi pan z mema.
Samochody z 6000 km przebiegu
Każdy sposób na pozbycie się samochodu z chińskiego salonu samochodowego jest dobry. Najchętniej większość z nich wysłaliby do Europy, ale są przeszkody.
Na samochody elektryczne nałożyliśmy dodatkowe cła, które podniosły łączne stawki, zależnie od producenta, nawet do 45,3 proc. A gdy Chińczycy zaatakowali hybrydami typu plug-in, pojawił się temat ograniczeń w liczbie sprzedawanych sztuk, czyli 350 tys.
Teraz podobno pojawia się nowe okno, czyli elektryczne samochody używane, bo nie podlegają one dodatkowym cłom. Tak, ale tu też są ograniczenia. Elektryczne auto z Chin nie dostanie tego dodatkowego cła w Europie, gdy ma ponad 6000 km przebiegu i jest zarejestrowane na stałe dłużej niż 6 miesięcy.
Rolki pod samochody
Nie jest to może okno będące zbawieniem dla chińskiej nadprodukcji, ale okno dla wielu podmiotów po drodze. Ktoś chce się pozbyć auta z placu w Chinach, bo nie jest w stanie tak dużo sprzedawać, ktoś inny chętnie przygarnie je na statek do Europy.
To czy auto jest nowe, czy używane to jest kwestia do ustalenia. To, że samochody mają przebieg, wcale nie musi oznaczać, że ktoś ich używał. Właściwie używanie pojazdów to ryzyko, jeszcze się zniszczą. Ja bym nie ryzykował.
Gdybym był chińskim albo nawet europejskim, operatywnym przedsiębiorcą, a w ogóle nie jestem operatywny, to skupowałbym nowe auta w Chinach, kręciłbym im przebieg na rolkach i wsadzał na statek do Europy.
A ktoś inny napisałby tekst o tym, jak bardzo Europejczycy są zainteresowani używanymi chińskimi samochodami za 60 proc. wyjściowej ceny.
Redaktor prowadzący Autoblog.pl. Współtworzy dział Porady, choć stanowczo woli dział Jednoślady, gdzie testuje wszystko, co ma dwa lub trzy koła. Najchętniej jeździłby na co dzień Piaggio Ape, bo uważa, że koła z doczepionym dachem to wystarczający środek transportu. W połowie życia postanowił zostać dziennikarzem motoryzacyjnym i mu się udało. Pracował i wciąż współpracuje z DEKRA, a gdy nie ma go na Autoblogu, to jeździ po Polsce przeprowadzając audyty.