Zarzuty dla AAA Auto. Poszło o dodatkowe usługi
UOKiK postawił zarzuty Autocentrum AAA Auto. Tym razem chodzi o kredyty na samochód, do których sprzedawcy mieli doklejać płatne dodatki – od lokalizatora GPS po gaśnicę. Zarzuty są świeże, ale metoda znajoma.

Lokalizator GPS do jazdy autem jest tak samo niezbędny jak parasol w akwarium. A jednak jedna z największych sieci handlujących używanymi autami w Polsce miała uzależniać m.in. od niego kredyt na samochód. Sprawa trafiła do UOKiK-u, który właśnie postawił zarzuty spółce Autocentrum AAA Auto.
Chodzi o sprzedaż aut na raty, przy której kredyt puchł od dokładanych na siłę usług: lokalizatora, ubezpieczenia i drobnicy w rodzaju gaśnicy czy trójkąta. Klient chciał auto, dostawał pakiet. Dla nas nie jest to szczególnym zaskoczeniem. Problem już znamy i pisaliśmy o nim już rok temu, zanim urząd w ogóle wziął się do papierów.
A było to tak
Jak podaje UOKiK, do urzędu wpłynęły skargi ludzi, którzy auto na raty mogli kupić wyłącznie w pakiecie z dodatkami. Na liście były lokalizator GPS, ubezpieczenie czy akcesoria typu gaśnica, trójkąt i kamizelka. Część z tych rzeczy do jeżdżenia nie jest potrzebna, a część klient najczęściej już ma albo kupiłby sam za kilka złotych na stacji albo w markecie.
Koszt dodatków lądował w kwocie kredytu. I – oczywiście – nie był to mały koszt. Urząd informuje, że do banku szły kwoty grubo wyższe niż cena auta, nierzadko o kilka tysięcy. W jednej ze skarg opisano to wprost: samochód kosztował 23 908 zł, a bankowi przedstawiono cenę 32 779 zł. Prawie dziewięć tysięcy różnicy znikąd – jak królik z kapelusza.
Do tego dochodzi drugi zarzut, o dokładanym lokalizatorze. Kupujący nie dostawali informacji o modelu, typie ani parametrach urządzenia. Nie wiedzieli więc, za co płacą i czy w ogóle da się to zamontować w ich aucie. A na dodatek usługa lokalizacji po cichu przedłużała się na kolejny płatny okres, o czym też zupełnym przypadkiem nikt nie informował.

W skargach cytowanych przez urząd widać, jak to działało w praktyce. Jeden z klientów wysłał wypowiedzenie 25 dni przed końcem umowy i usłyszał, że to za późno, bo formularz trzeba złożyć 30 dni wcześniej. I cyk, opłata za kolejny rok subskrypcji, której nikt nie zamawiał.
Urząd reaguje
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny nazywa to możliwym naruszeniem zbiorowych interesów konsumentów. Za taki numer grozi kara do 10 proc. rocznego obrotu firmy, a przy skali AAA Auto to nie są kieszonkowe pieniądze.
A najlepsze jest to, że to nie pierwszy raz.
Rok temu opisaliśmy historię klientki, która – jak sama napisała – poczuła się nabita w butelkę przez AAA Auto. Wzięła auto na kredyt na siedem lat, a do rachunku dorzucono jej ubezpieczenie napraw, lokalizator GPS i parę gadżetów, które podbiły cenę z 50 do 75 tys. zł. Lokalizatora, za który zapłaciła, nawet nie zamontowano. Wtedy pisaliśmy, że to pachnie tematem dla UOKiK. No i proszę, urząd nierychliwy, ale sprawiedliwy.
A i to nie wszystko. Pod koniec 2023 roku ten sam prezes wydał wobec AAA Auto dwie decyzje na łączną kwotę ponad 72 mln zł. Powód był bliźniaczo podobny: cena z ogłoszenia nie była prawdziwą ceną, bo doklejano do niej ubezpieczenie Carlife Gwarancja i opłatę za obsługę klienta. Do salonów UOKiK wysłał wtedy tajemniczego klienta i nagrał, jak to wygląda od środka.
AAAle klienci są zadowoleni
Tamte decyzje spółka oprotestowała. Właściciel, czeski AURES Holdings, oświadczył wtedy, że kary są całkowicie nieuzasadnione, klienci są zadowoleni, a firma jest pewna, że wygra w sądzie. Sprawa faktycznie trafiła do sądu i, jak informuje urząd, wciąż się tam toczy. Kary nie są prawomocne.
Zabawne jest to, że firma twierdzi, że klienci są zadowoleni, podczas gdy interwencja UOKiK-u opiera się właśnie na skargach przesłanych przez pokrzywdzonych klientów. Dokładność opisów wydaje się wskazywać, że są to autentyczne doświadczenia. Zresztą, stworzony dokładnie do badania i ukrócania takich praktyk urząd raczej wie, co robi.

Warto pamiętać, z kim mamy do czynienia. AURES Holdings to nie jakiś komis spod lasu – to koncern operujący siecią salonów w kilku krajach Europy, chwalący się milionami sprzedanych aut. Trudno w Polsce szukać używanego samochodu i nie natknąć się na reklamę AAA Auto.
I to jest właśnie najsmutniejsze w tej historii. Zrozumiałbym jeszcze drobnego handlarza z przydrożnego komisu, który dokłada dywaniki za stówę czy dwie. Ale kiedy wielka, poukładana korporacja robi z lokalizatora GPS warunek przyznania kredytu, a przymusowy upselling wydaje się traktować jako fundament strategii sprzedażowej, to nie wygląda już na wypadek przy pracy. To brzmi jak model biznesowy, który ktoś gdzieś zatwierdził i zapewne rozsyła w komunikacji wewnętrznej do pracowników.
Jeśli oczywiście się to potwierdzi. Zarzuty to jeszcze nie wyrok. Spółka będzie się bronić, powoła się na zadowolonych klientów i wysokie oceny w internecie, jak ostatnim razem. Sądy swoje, klienci swoje.
Wniosek dla kupującego jest niezmiennie ten sam: zanim podpiszesz umowę na samochód na raty, przeczytaj, co bierzesz na ten kredyt. Bo może się okazać, że oprócz auta finansujesz na przykład pudełko, którego nikt nawet nie zamontuje.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.